Christmas Melody
Jest taki jeden dzień w roku, gdzie każdy czuje "to coś". Obracasz się wokoło. Widzisz ludzi biegających co tchu i już wiesz co dziś będzie.
Barszcz z uszkami, dwanaście potraw z ryb. Tradycja sianka pod obrusem, czytanie Biblii oraz dzielenie się opłatkiem. Nie zapominając o wspólnym odśpiewaniu kolęd. A na prezentach zakończywszy. I najważniejsza - atmosfera rodzinna w ten jeden wyjątkowy dzień w roku.
Tu nawet nędznik zostanie przyjęty z radością w dom. Jak to tradycja mówi - należy pozostawić jedno wolne miejsce dla nieznajomego gościa. Może to własnie ty dzisiaj go przyjmiesz?
Nikt nic nie wie, ale ta magia jest wszędzie.
Cieszymy się razem, rozmawiamy o sprawach innych niż zwykle. zapominamy o trudach dnia powszechnego. Życzymy wszystkim "wesołych świat".
To jest - świąteczny czas.
Dlatego i dzisiaj ja życzę wszystkim wesołych, rodzinnych świąt. Abyście nie smucili się dużo w przyszłym roku i szczęście was dopadło. Nie mogę zapomnieć o życzeniach - zdrowia, pomyślności i szczęścia, bo to również ważne. I cieszcie się każdym dniem, bo każdy jest na swój sposób piękny mimo cierpień dnia. Znajdujcie siły na uśmiech. Miejcie pogodę ducha i niech się wam powodzi. Spełniajcie swe marzenia, osiągajcie wyznaczone cele i nie ustawajcie w dążeniu do nich. A nuż wie! może to właśnie jutro będzie ten dzień, kiedy wstaniecie i okaże się, iż wasze marzenie przyszło do was jak sen.
wtorek, 24 grudnia 2013
poniedziałek, 4 listopada 2013
"The 30 Days Writing Challenge" - Day 5: Heart
Błądzę po ulicach tego miasta, niczym duch przechodzę obok ciebie oddając ci twoje serce. O ile jesteś odbiorcą przesyłki. Krążę tak i czekam, aż dostanę zlecenie. W końcu jestem jednym z Roznosicieli Serc.
Kiedyś uciekałem od własnego losu. Biegłem jak najdalej, by w końcu upaść i stracić swoją prywatną część. Zagubiony na rozdrożu dróg wybrałem źle nie wiedząc, czy właśnie tego chcę. Ale dokonałem wyboru i uciekałem. Jakbym właśnie wydostał się z więzienia.
Prosili mnie, błagali. Gładząc moje wyblakłe od farbowania włosy. Ale zbiegłem dalej niż ktokolwiek inny i teraz jestem tu. Ja. Roznosiciel Serc.
- Nazywasz się Miyaki?
Kładę dłoń na zimnym czole kobiety leżącej pośrodku ulicy. Leży, całkiem blada. Wokoło biega wielu ludzi. Nie wpadają na mnie, bo boją się uszkodzić młodej kobiety. Ale gdyby przez przypadek mnie dotknęli poczuliby opór czegoś niematerialnego. W końcu nie istnieję już w tym świecie.
- Tak..
Słyszę cichy szept jakby z oddali. Oglądam się szukając źródła dźwięku. Dostrzegam młodą kobietę, która właśnie leży bezwładnie z zamkniętymi oczyma u stóp ludzi. Ale nie w tym świecie. Tutaj patrzy na mnie nieco zmieszana. Jej ciało jest lekko przeźroczyste. Muszę się spieszyć, bo odejdzie. A w końcu ktoś bardzo prosił o życie dla niej. Mimo wszystko przyglądam się szczupłej kobiecie. Miyaki. Długie, kruczoczarne włosy spływają po ramionach. Strój codzienny. Nie wychodziła nigdzie.
- Mam dla Ciebie przesyłkę.
Wypalam nagle nie chcąc już wydłużać jej cierpienia.
- Przesyłkę? - zdziwiony wzrok wbija się w moją osobę. - Jesteś Aniołem?
Cień uśmiechu pojawia się na moich ustach. Gdybym tylko nim był to wszystko byłoby łatwiejsze. Przypisany byłbym tylko do jednej osoby. I pilnował jej jak oczka w głowie. Kręcę przecząco głową, po czym sięgam powoli do plecaka. Ściągam go z ramion.
- Coś w tym stylu. - odpowiadam w końcu.
Tylekroć to tłumaczę. Zawsze od początku. Chociaż nie.. Nie tłumacze tylko daję zdawkowe odpowiedzi. Nigdy nie byłem zbyt rozmowny. Nawet przed Ucieczką.
- Ktoś się o ciebie bardzo martwił. I kazał dostarczyć to.
- "To"?
- Tak, to. Wiesz co to jest?
Kobieta zaciska lekko wargi. Robi się coraz bardziej przeźroczysta. Trzeba działać, bo odejdzie a moje zadanie nie zostanie wykonane. Dostałbym potężne baty od przewodniczącego. Muszę mu być posłuszny. W końcu nie codziennie zwykł człowiek dostaję szansę dostania się w szeregi Roznosicieli Serc.
Kąciki ust unoszą mi się lekko. Uwielbiam ten moment.
- Raduj się, Miyaki. Albowiem pewna cenna osoba darowała ci dalsze życie. A ta sytuacja kazała ci sobie o niej przypomnieć. I zadbać. Oraz uważać na siebie.
- Ale kto to..?
Pyta. Każdy chce wiedzieć, ale nawet gdybym jej to powiedział to po przebudzeniu nie pamiętałaby mojej istoty oraz tego co mówiłem. Zostałoby tylko uczucie, iż musi odzyskać kogoś kogo straciła bądź traci.
- Dowiesz się jak przyjmiesz prezent. Chcesz?
Splata lekko dłonie na piersi.
- Tu jest przyjemnie. Nie czuję chłodnego wiatru. I w końcu ktokolwiek się mną interesuję, acz to mój koniec z tego co widzę. Czy to ta świadomość zaraz po śmierci? Nie wiem. A cóż ty dla mnie niesiesz? Śmierć to śmierć. Nie ma drogi ucieczki..
-.. lecz jest pomocna dłoń. Serce, konkretnie. Więc?
- Ciekawe, czy zajdą jakieś zmiany. - mamrocze cicho.
- Tylko musisz sama coś zdziałać. - dopowiadam.
- Dobrze. Chcę to. Kimkolwiek jesteś.
Uśmiecham się szeroko. Dawanie komuś życia, bo ma kogoś kto chciał go odzyskać, bo ma po co żyć i jego grzechy nie są za duże, aby nie mógł tego nie otrzymać. To jest piękne.
Otwieram plecak. Wyciągam z niego małą, czerwoną paczuszkę zawiniętą w złotą kokardę. Przywódca lubi ekstrawagancję. Chociaż sam dałbym tam tylko pudełko. I tak ona tego nie zapamięta. Wyciągam dłoń w kierunku kobiety.
- Otwórz.
Ponaglam, po czym zachęcona słowami ściąga wstążkę. Uchyla wieczko i... roznosi się światłość. Ciepło. Porywa kobietę w swe objęcia, prowadzi w kierunku półmartwego ciała, które właśnie ktoś reanimuje.
Patrzę jedynie jak to darowane Serce rozpościera się wygodnie w jej ciele. Mam nadzieję, że wykorzysta je dobrze.
Słyszę coś w rodzaju głuchego furkotu. Obudziła się, wypuściła zdławione w płucach powietrze. Nie wie co się dzieje. Rozgląda się przypadkiem wlepia wzrok jakby we mnie. Choć i tak nie jest możliwym aby mnie dojrzała.
- Piękna Miyaki. Idź, bo twe Serce poszukuje dawcy jak spragniony wody.
Odchodzę. Ja. Niewidzialny. Roznosiciel Serc.
Kiedyś uciekałem od własnego losu. Biegłem jak najdalej, by w końcu upaść i stracić swoją prywatną część. Zagubiony na rozdrożu dróg wybrałem źle nie wiedząc, czy właśnie tego chcę. Ale dokonałem wyboru i uciekałem. Jakbym właśnie wydostał się z więzienia.
Prosili mnie, błagali. Gładząc moje wyblakłe od farbowania włosy. Ale zbiegłem dalej niż ktokolwiek inny i teraz jestem tu. Ja. Roznosiciel Serc.
- Nazywasz się Miyaki?
Kładę dłoń na zimnym czole kobiety leżącej pośrodku ulicy. Leży, całkiem blada. Wokoło biega wielu ludzi. Nie wpadają na mnie, bo boją się uszkodzić młodej kobiety. Ale gdyby przez przypadek mnie dotknęli poczuliby opór czegoś niematerialnego. W końcu nie istnieję już w tym świecie.
- Tak..
Słyszę cichy szept jakby z oddali. Oglądam się szukając źródła dźwięku. Dostrzegam młodą kobietę, która właśnie leży bezwładnie z zamkniętymi oczyma u stóp ludzi. Ale nie w tym świecie. Tutaj patrzy na mnie nieco zmieszana. Jej ciało jest lekko przeźroczyste. Muszę się spieszyć, bo odejdzie. A w końcu ktoś bardzo prosił o życie dla niej. Mimo wszystko przyglądam się szczupłej kobiecie. Miyaki. Długie, kruczoczarne włosy spływają po ramionach. Strój codzienny. Nie wychodziła nigdzie.
- Mam dla Ciebie przesyłkę.
Wypalam nagle nie chcąc już wydłużać jej cierpienia.
- Przesyłkę? - zdziwiony wzrok wbija się w moją osobę. - Jesteś Aniołem?
Cień uśmiechu pojawia się na moich ustach. Gdybym tylko nim był to wszystko byłoby łatwiejsze. Przypisany byłbym tylko do jednej osoby. I pilnował jej jak oczka w głowie. Kręcę przecząco głową, po czym sięgam powoli do plecaka. Ściągam go z ramion.
- Coś w tym stylu. - odpowiadam w końcu.
Tylekroć to tłumaczę. Zawsze od początku. Chociaż nie.. Nie tłumacze tylko daję zdawkowe odpowiedzi. Nigdy nie byłem zbyt rozmowny. Nawet przed Ucieczką.
- Ktoś się o ciebie bardzo martwił. I kazał dostarczyć to.
- "To"?
- Tak, to. Wiesz co to jest?
Kobieta zaciska lekko wargi. Robi się coraz bardziej przeźroczysta. Trzeba działać, bo odejdzie a moje zadanie nie zostanie wykonane. Dostałbym potężne baty od przewodniczącego. Muszę mu być posłuszny. W końcu nie codziennie zwykł człowiek dostaję szansę dostania się w szeregi Roznosicieli Serc.
Kąciki ust unoszą mi się lekko. Uwielbiam ten moment.
- Raduj się, Miyaki. Albowiem pewna cenna osoba darowała ci dalsze życie. A ta sytuacja kazała ci sobie o niej przypomnieć. I zadbać. Oraz uważać na siebie.
- Ale kto to..?
Pyta. Każdy chce wiedzieć, ale nawet gdybym jej to powiedział to po przebudzeniu nie pamiętałaby mojej istoty oraz tego co mówiłem. Zostałoby tylko uczucie, iż musi odzyskać kogoś kogo straciła bądź traci.
- Dowiesz się jak przyjmiesz prezent. Chcesz?
Splata lekko dłonie na piersi.
- Tu jest przyjemnie. Nie czuję chłodnego wiatru. I w końcu ktokolwiek się mną interesuję, acz to mój koniec z tego co widzę. Czy to ta świadomość zaraz po śmierci? Nie wiem. A cóż ty dla mnie niesiesz? Śmierć to śmierć. Nie ma drogi ucieczki..
-.. lecz jest pomocna dłoń. Serce, konkretnie. Więc?
- Ciekawe, czy zajdą jakieś zmiany. - mamrocze cicho.
- Tylko musisz sama coś zdziałać. - dopowiadam.
- Dobrze. Chcę to. Kimkolwiek jesteś.
Uśmiecham się szeroko. Dawanie komuś życia, bo ma kogoś kto chciał go odzyskać, bo ma po co żyć i jego grzechy nie są za duże, aby nie mógł tego nie otrzymać. To jest piękne.
Otwieram plecak. Wyciągam z niego małą, czerwoną paczuszkę zawiniętą w złotą kokardę. Przywódca lubi ekstrawagancję. Chociaż sam dałbym tam tylko pudełko. I tak ona tego nie zapamięta. Wyciągam dłoń w kierunku kobiety.
- Otwórz.
Ponaglam, po czym zachęcona słowami ściąga wstążkę. Uchyla wieczko i... roznosi się światłość. Ciepło. Porywa kobietę w swe objęcia, prowadzi w kierunku półmartwego ciała, które właśnie ktoś reanimuje.
Patrzę jedynie jak to darowane Serce rozpościera się wygodnie w jej ciele. Mam nadzieję, że wykorzysta je dobrze.
Słyszę coś w rodzaju głuchego furkotu. Obudziła się, wypuściła zdławione w płucach powietrze. Nie wie co się dzieje. Rozgląda się przypadkiem wlepia wzrok jakby we mnie. Choć i tak nie jest możliwym aby mnie dojrzała.
- Piękna Miyaki. Idź, bo twe Serce poszukuje dawcy jak spragniony wody.
Odchodzę. Ja. Niewidzialny. Roznosiciel Serc.
piątek, 1 listopada 2013
"The 30 Days Writing Challenge" - Day 4: Bones
Słyszysz to narastające napięcie pomiędzy strunami twoich łączy układu nerwowego?
Czy przesuwasz właśnie dłonią po zimnym, sztucznym, martwym stole?
Dlaczego to robisz słysząc jak tłuczesz się sam w sobie.. I mimo ponagleń innych mógłbyś zatrzymać się w sferze własnej nicości.
Dlaczego brniesz dalej?
Jak bagno bezdenne, grzechocze kości. Włókno za włóknem, pęka.. odchodzi. Rozbryzguje się. Kość? Strzela, płynie falą mglistą. Na suszy wiecznych męczarni. Na litości ludzi spowitych w kłamstwo. Otulasz się człowiekiem. Otulasz się nie człowiekiem. Szukasz, poszukujesz. Dławisz się układem nerwowym. Wyrywać powoli zaczynasz to co siedzi najgłębiej w tobie. Rwiesz. Mocno, silniej, bardziej. Jak wariat biegnący przez łany zbóż w pewien złocisty poranek.
Czego oczekujesz?
Miłości, litości, naiwności, nadziei.. Może oczekujesz wiary?
Tylko w co chcesz wierzyć, zabłąkana owco. Brnąc w życie nie nauczyłeś się, że wiara w nieśmiertelność popada w ruinę tak szybko jak każda rzecz martwa. Gnijące, rozłażące się na wszystko co najgorsze - ciało. Odwieczność, zawieczność, wieczność... Nie znam tych słów zbyt dobrze aby wytłumaczyć ci ich potęgę na przykładzie łamiących się kości.
Kość a nieśmiertelność.
Kość a życie.
Łamane a życie.
Cóż to za obłąkane porównania godne najgorszego z najgorszych zidiociałych jednostek?
Nie wiedząc czego oczekuje twe serce od złości świata idziesz do najprostszej z możliwych i utykasz w smole kłamstw. Nigdy nie wychodzisz z tego bajora, bo taka jest rola nędznika ziemi. Kiedy odejdziesz... nie będzie nieśmiertelności.
Dusza odpłynie.
Ciało zawiedzie.
Pamięć rozmaże najlepsze wspomnienie.
Nie oczekuj za wiele.
Sprostać wytłumaczeniu. Do kości przyrównać. Płaczem zaspokoić. Odszukać nienawiść pośród fałszywości uśmiechu.
Daj mi kość. A złamię ją. I łamiąc także twoją odwagę udowodnię ci jak wiele potrafię w mej złości dla nicości.
Czy przesuwasz właśnie dłonią po zimnym, sztucznym, martwym stole?
Dlaczego to robisz słysząc jak tłuczesz się sam w sobie.. I mimo ponagleń innych mógłbyś zatrzymać się w sferze własnej nicości.
Dlaczego brniesz dalej?
Jak bagno bezdenne, grzechocze kości. Włókno za włóknem, pęka.. odchodzi. Rozbryzguje się. Kość? Strzela, płynie falą mglistą. Na suszy wiecznych męczarni. Na litości ludzi spowitych w kłamstwo. Otulasz się człowiekiem. Otulasz się nie człowiekiem. Szukasz, poszukujesz. Dławisz się układem nerwowym. Wyrywać powoli zaczynasz to co siedzi najgłębiej w tobie. Rwiesz. Mocno, silniej, bardziej. Jak wariat biegnący przez łany zbóż w pewien złocisty poranek.
Czego oczekujesz?
Miłości, litości, naiwności, nadziei.. Może oczekujesz wiary?
Tylko w co chcesz wierzyć, zabłąkana owco. Brnąc w życie nie nauczyłeś się, że wiara w nieśmiertelność popada w ruinę tak szybko jak każda rzecz martwa. Gnijące, rozłażące się na wszystko co najgorsze - ciało. Odwieczność, zawieczność, wieczność... Nie znam tych słów zbyt dobrze aby wytłumaczyć ci ich potęgę na przykładzie łamiących się kości.
Kość a nieśmiertelność.
Kość a życie.
Łamane a życie.
Cóż to za obłąkane porównania godne najgorszego z najgorszych zidiociałych jednostek?
Nie wiedząc czego oczekuje twe serce od złości świata idziesz do najprostszej z możliwych i utykasz w smole kłamstw. Nigdy nie wychodzisz z tego bajora, bo taka jest rola nędznika ziemi. Kiedy odejdziesz... nie będzie nieśmiertelności.
Dusza odpłynie.
Ciało zawiedzie.
Pamięć rozmaże najlepsze wspomnienie.
Nie oczekuj za wiele.
Sprostać wytłumaczeniu. Do kości przyrównać. Płaczem zaspokoić. Odszukać nienawiść pośród fałszywości uśmiechu.
Daj mi kość. A złamię ją. I łamiąc także twoją odwagę udowodnię ci jak wiele potrafię w mej złości dla nicości.
sobota, 21 września 2013
"The 30 Days Writing Challenge" - Day 3: Teeth
"... Anastazja była dobrą, grzeczną dziewczynką. Wszyscy uważali ją za godny przykład dla innych jej rówieśniczek. Mając dziesięć lat była jedną z tych dziewczynek, które potrafiły już same zawiązać sobie sznurówki od butów w piękną kokardę. Wiele jej koleżanek miało z tym trudności, więc wychodziły im brzydkie, niekształtne kokardki albo supły bądź niczego nie trzymające się sznurki. Wszyscy nauczyciele chwalili dziewczynkę za jej płynną mowę w języku ojczystym, odpowiednie zachowanie i należycie przyszykowany tornister szkolny. Mogła nawet wykazać się podstawowymi umiejętnościami z języka obcego, w którym już umiała złożyć w całość trzy słowa. Zawsze porządnie odwieszona kurtka na haczyku i równiusieńko ustawione buty pod ławką. Ot, najważniejsze rzeczy z podstawówki. Anastazję uważano za dziewczynkę godną wszelakich pochwał, o jasnym umyśle i czystym spojrzeniu. Z ciemnymi włosami oraz bladymi, niebieskimi tęczówkami i śnieżną cerą wyglądała jak laleczka z saskiej porcelany. Całkiem niewinna, łatwa do stłuczenia figurka. Nie wiedzieli jednak, że za tą niepozorną istotką kryje się dość specyficzne uzależnienie. Gdyby miała wielu przyjaciół od razu zauważyliby momenty, gdy znikała na przerwach. Inne dziewczynki chodziły parami do toalety, zaś ona truchtała samiutka na końcówkę przerwy. W prawdzie nigdy się nie spóźniała, lecz poświęcała resztkę wolnego czasu między lekcjami na porządne szorowanie zębów. Robiła to stanowczo za wiele razy w ciągu dnia. Od razu po przebudzeniu, po śniadaniu, co każdą przerwę, po każdym posiłku. I przykładała szczególną wagę do szczotkowania swego prostego uzębienia po spożytych kaloriach. Wystarczył nawet łyczek wody, aby Anastazja biegła do toalety myć zęby. Mimo iż nie potrafiła się oprzeć pokusie ponownego szorowania zębów nie mogła nikomu się przyznać. Uważała to za bardzo wstydliwy temat, dlatego milczała kiedy pytano ją o powód zniknięcia bądź wymyślała coś w miejsca..."
sobota, 7 września 2013
"The 30 Days Writing Challenge" - Day 2: Ash
Jesion, cholera jasna. Zawsze zastanawiałam się jak wygląda to drzewo. Jestem w kropce. Możliwe, iż wiele razy przechodziłam obok takiego, ale.. to drzewo nie ma żadnego związku z niczym! Jesion, jesion, jesion. Uderzam dłonią w biurko. Denerwuję się. Myślę nadaremno. I szlag człowieka bierze. Chociaż "ash" oznacza również "popiół". Ale z tym też nie mam żadnych skojarzeń!
Drapię się miarowo po czole zastanawiając co wymyślić. Może coś o drzewie powstającym z popiołów? Albo o drzewie, które zamieniło się w popiół po pożarze? Też nie. To takie denne, prostolinijne.
"Pewnego dnia szłam do pracy. Dzień zapowiadał się bardzo pięknie. Myślami byłam daleko w obłokach, lecz donośny dźwięk wyrwał mnie z zamyślenia. Na drodze biegnącej obok chodnika, po którym się poruszałam, przejeżdżały dwa wozy strażackie. Człowiek z nadwrażliwym słuchem, tak jak mój, denerwował się, gdy taki wóz przejeżdżał nieopodal i drażnił bębenki uszne swą donośną syreną. Zauważyłam, iż skręcił w uliczkę, którą zwykłam chodzić do mojego biura rachunkowego. Zaciekawiona podbiegłam te kilkanaście metrów. Moim oczom ukazał się ogromny pożar parku. Wyglądał niczym powstający z popiołów feniks. Moje zielone tęczówki pochłaniały ten widok jak spragnione usta wodę. Wtedy ujrzałam moje ulubione drzewo. Jesion. Płomienie lizały jego delikatne, mannowe listowie. Wyglądał przepięknie, choć w sercu zrobiło mi się żal, jakbym traciła skarb przetrzymywany od dawien dawna w tym miejscu. Strażacy krzątali się, podłączali węże do hydrantu. Zaczęli akcję ratunkową, której bacznie się przyglądałam. Walczyli z drastycznością tego niebezpiecznego żywiołu. Skronie lśniły im od potu, dłonie obległy sadzą. Kiedy skończyli z połowy drzew nie zostało nic więcej niż popioły i szczątki."
Nie, to wcale nie wygląda ciekawie. Mogę iść skubać trawę a nie pisać.
Drapię się miarowo po czole zastanawiając co wymyślić. Może coś o drzewie powstającym z popiołów? Albo o drzewie, które zamieniło się w popiół po pożarze? Też nie. To takie denne, prostolinijne.
"Pewnego dnia szłam do pracy. Dzień zapowiadał się bardzo pięknie. Myślami byłam daleko w obłokach, lecz donośny dźwięk wyrwał mnie z zamyślenia. Na drodze biegnącej obok chodnika, po którym się poruszałam, przejeżdżały dwa wozy strażackie. Człowiek z nadwrażliwym słuchem, tak jak mój, denerwował się, gdy taki wóz przejeżdżał nieopodal i drażnił bębenki uszne swą donośną syreną. Zauważyłam, iż skręcił w uliczkę, którą zwykłam chodzić do mojego biura rachunkowego. Zaciekawiona podbiegłam te kilkanaście metrów. Moim oczom ukazał się ogromny pożar parku. Wyglądał niczym powstający z popiołów feniks. Moje zielone tęczówki pochłaniały ten widok jak spragnione usta wodę. Wtedy ujrzałam moje ulubione drzewo. Jesion. Płomienie lizały jego delikatne, mannowe listowie. Wyglądał przepięknie, choć w sercu zrobiło mi się żal, jakbym traciła skarb przetrzymywany od dawien dawna w tym miejscu. Strażacy krzątali się, podłączali węże do hydrantu. Zaczęli akcję ratunkową, której bacznie się przyglądałam. Walczyli z drastycznością tego niebezpiecznego żywiołu. Skronie lśniły im od potu, dłonie obległy sadzą. Kiedy skończyli z połowy drzew nie zostało nic więcej niż popioły i szczątki."
Nie, to wcale nie wygląda ciekawie. Mogę iść skubać trawę a nie pisać.
poniedziałek, 2 września 2013
"The 30 Days Writing Challenge" - Day 1: Hero
6:00 dzwoni budzik. Zdenerwowana, zaspana i nijaka podniosłam dłoń, aby złapać dzwoniącego natręta. Rzecz jasna, że kliknęłam "drzemkę". I z telefonem w dłoni padłam twarzą w poduszkę. Po pięciu minutach, gdy budzik znów zaczął denerwować mój nadwrażliwy porankami słuch, postanowiłam wyjść z łóżka. Mordęga. Nie dość, że zaczynała się powoli jesień to było zimno jakby zaczęła się zima. Cholerstwo jedno.
Zarzuciłam mój czerwony szlafrok w białe misie, zawiązałam się w pasie i ubrałam moje kochane bambosze-pandy. W kuchni zastałam krzątającego się tatę. Zawsze wstawał szybciej niż ja i robił mi kanapki do szkoły, a potem wracał do łóżka. Jak co ranek zjadłam płatki czekoladowe na mleku, byle podgrzanym, zalałam herbatę malinową i z nią poszłam do mojego pokoju. Normalną rzeczą u mnie jest to, iż dopóki herbata nie wystygnie robię masę rzeczy. Szybko ubrałam się w jasne jeansy, koszulkę z jakimś dziwnym logiem, na którą z powrotem narzuciłam szlafrok. Nieziemską ochotę miałam założyć rajstopy, ale wariatki postanowiłam z siebie nie robić. Łóżko pościeliłam, plecak spakowałam. Nawet włosy zdążyłam rozczesać! I w końcu herbatka wystygła, toteż wypiłam ją jednym szwungiem. Chwilę później myłam zęby, ubierałam grubą bluzę, zarzucałam kurtkę przeciwdeszczową i mimo to zabrałam parasol. Wybiegłam z plecakiem. Tata zamknął za mną drzwi i kazał uważać na przejściu.
- Matko, spóźnię się!
Krzyknęłam patrząc na zegarek w telefonie. Za dwie minuty miałam mieć autobus, ale miałam jeszcze przejście dla pieszych do minięcia. Wleciałam na nie i poczułam czyjeś dłonie na swoich ramionach. Potem zauważyłam jak świat wiruje, a ja lecę prosto w twardą glebę twarzą w dół. Wydawało mi się, że słyszałam trąbienie i jakiś mały huk, ale próbując ratować swoją buzię zignorowałam to. Podniosłam dłonie, by chronić twarz, uwolniona z mocnego chwytu i padłam. Potknęłam się? Sama nie wiem. Gdy podnosiłam się z twardego podłoża ujrzałam leżącego obok mężczyznę w wieku około czterdziestu lat. Zmarszczyłam lekko brwi. Usiadłam i wtedy zobaczyłam dwa samochody, które się zderzyły. Z ich wnętrz powychodzili dwaj kierowcy, którzy od razu rzucili się na mnie z przekleństwami.
- Jak Ty chodzisz!? - krzyczał pierwszy.
- I kto teraz za to zapłaci? - warczał kolejny.
- Mogłem cię zabić!
Dopowiedział to mężczyzna pierwszy, który na oko miał z trzydzieści lat. Byłam lekko stłumiona.
- Gdyby nie ten facet pewnie leżałabyś w ciężkim stanie.
Powstał tłum, który gadał jedno przez drugie. Nie wiedziałam o co chodzi w pierwszym momencie, lecz po chwili wrzasków obcych ludzi zrozumiałam, że wbiegłam pod rozpędzony samochód. Jednak mężczyzna leżący obok mnie uratował moje życie. Aczkolwiek samochody obydwu panów był w stanie krytycznym.
Rozejrzałam się. Tak bardzo chciałam podziękować mojemu bohaterowi. Skupiałam się, by go dojrzeć, lecz nie było go już w tłumie.
Uciekł?
Zarzuciłam mój czerwony szlafrok w białe misie, zawiązałam się w pasie i ubrałam moje kochane bambosze-pandy. W kuchni zastałam krzątającego się tatę. Zawsze wstawał szybciej niż ja i robił mi kanapki do szkoły, a potem wracał do łóżka. Jak co ranek zjadłam płatki czekoladowe na mleku, byle podgrzanym, zalałam herbatę malinową i z nią poszłam do mojego pokoju. Normalną rzeczą u mnie jest to, iż dopóki herbata nie wystygnie robię masę rzeczy. Szybko ubrałam się w jasne jeansy, koszulkę z jakimś dziwnym logiem, na którą z powrotem narzuciłam szlafrok. Nieziemską ochotę miałam założyć rajstopy, ale wariatki postanowiłam z siebie nie robić. Łóżko pościeliłam, plecak spakowałam. Nawet włosy zdążyłam rozczesać! I w końcu herbatka wystygła, toteż wypiłam ją jednym szwungiem. Chwilę później myłam zęby, ubierałam grubą bluzę, zarzucałam kurtkę przeciwdeszczową i mimo to zabrałam parasol. Wybiegłam z plecakiem. Tata zamknął za mną drzwi i kazał uważać na przejściu.
- Matko, spóźnię się!
Krzyknęłam patrząc na zegarek w telefonie. Za dwie minuty miałam mieć autobus, ale miałam jeszcze przejście dla pieszych do minięcia. Wleciałam na nie i poczułam czyjeś dłonie na swoich ramionach. Potem zauważyłam jak świat wiruje, a ja lecę prosto w twardą glebę twarzą w dół. Wydawało mi się, że słyszałam trąbienie i jakiś mały huk, ale próbując ratować swoją buzię zignorowałam to. Podniosłam dłonie, by chronić twarz, uwolniona z mocnego chwytu i padłam. Potknęłam się? Sama nie wiem. Gdy podnosiłam się z twardego podłoża ujrzałam leżącego obok mężczyznę w wieku około czterdziestu lat. Zmarszczyłam lekko brwi. Usiadłam i wtedy zobaczyłam dwa samochody, które się zderzyły. Z ich wnętrz powychodzili dwaj kierowcy, którzy od razu rzucili się na mnie z przekleństwami.
- Jak Ty chodzisz!? - krzyczał pierwszy.
- I kto teraz za to zapłaci? - warczał kolejny.
- Mogłem cię zabić!
Dopowiedział to mężczyzna pierwszy, który na oko miał z trzydzieści lat. Byłam lekko stłumiona.
- Gdyby nie ten facet pewnie leżałabyś w ciężkim stanie.
Powstał tłum, który gadał jedno przez drugie. Nie wiedziałam o co chodzi w pierwszym momencie, lecz po chwili wrzasków obcych ludzi zrozumiałam, że wbiegłam pod rozpędzony samochód. Jednak mężczyzna leżący obok mnie uratował moje życie. Aczkolwiek samochody obydwu panów był w stanie krytycznym.
Rozejrzałam się. Tak bardzo chciałam podziękować mojemu bohaterowi. Skupiałam się, by go dojrzeć, lecz nie było go już w tłumie.
Uciekł?
niedziela, 1 września 2013
"The 30 Day Writing Challenge"
Usiadłam ostatnio przed komputerem w dość ponurym nastroju. Jeszcze miesiąc temu miałam nagły przypływ weny, którą umiałam złapać i zamienić na słowa. Ale teraz coś stanęło. Przez kilka godzin pisałam raz po raz jakieś bezsensowne słowa, aż wyszło byle co, czyli "życie na nudę #7". Jestem zawiedziona tym, że mam aktualnie niedobór myślowy. Może i nie jest to kompletny brak weny... Ale brak systematyczności i umiejętności ubierania rzeczy w słowa.
Dziś, w ostatni dzień wakacji, znów przysiadłam przy komputerze. Nie, nie zamierzałam nic pisać. Ale dwa dni temu wpadłam na pomysł, aby zacząć "The 30 Day Drawing Challenge". Całkiem miła odmiana. Zaczęłam inaczej myśleć. Mam jakieś podpowiedzi, a nie wszechobecną pustkę. Aż podskoczyłam na miejscu, gdy uświadomiłam sobie, że warto poszukać takiego czegoś o pisaniu. I znalazłam. Było tego troszkę.. Przejrzałam je, lecz doszłam do wniosku, że nie chce pisać o większości z tych rzeczy, tj. coś o tumblrze, czy innego dziwnego. Ale znalazłam to:
"The 30 Day Writing Challenge"
Lista prosta. Słowo po słowie. I postanowiłam, że zrobię, a co! I od jutra zacznę. Od lewej do prawej. Z góry do dołu. Aczkolwiek wiem, że nie będę zdolna dawać tego codziennie, ponieważ kochany rok szkolny właśnie jutro się zaczyna, jednakże będę się starać. I dopóki nie skończę tego challenge'u nie będę kontynuować nic innego. Ani "życia na nudę", ani nie wrócę do "świata istoty płaskiej". A tym bardziej do "Roboty", o której istnieniu zapomniałam, tak szczerze... Może po tym odzyskam jakieś resztki weny, chęć do pisania i umiejętność lepszego ujmowania wszystkiego w słowa.
Dziś, w ostatni dzień wakacji, znów przysiadłam przy komputerze. Nie, nie zamierzałam nic pisać. Ale dwa dni temu wpadłam na pomysł, aby zacząć "The 30 Day Drawing Challenge". Całkiem miła odmiana. Zaczęłam inaczej myśleć. Mam jakieś podpowiedzi, a nie wszechobecną pustkę. Aż podskoczyłam na miejscu, gdy uświadomiłam sobie, że warto poszukać takiego czegoś o pisaniu. I znalazłam. Było tego troszkę.. Przejrzałam je, lecz doszłam do wniosku, że nie chce pisać o większości z tych rzeczy, tj. coś o tumblrze, czy innego dziwnego. Ale znalazłam to:
"The 30 Day Writing Challenge"
Lista prosta. Słowo po słowie. I postanowiłam, że zrobię, a co! I od jutra zacznę. Od lewej do prawej. Z góry do dołu. Aczkolwiek wiem, że nie będę zdolna dawać tego codziennie, ponieważ kochany rok szkolny właśnie jutro się zaczyna, jednakże będę się starać. I dopóki nie skończę tego challenge'u nie będę kontynuować nic innego. Ani "życia na nudę", ani nie wrócę do "świata istoty płaskiej". A tym bardziej do "Roboty", o której istnieniu zapomniałam, tak szczerze... Może po tym odzyskam jakieś resztki weny, chęć do pisania i umiejętność lepszego ujmowania wszystkiego w słowa.
Także..
Do napisania!
poniedziałek, 26 sierpnia 2013
Życie na nudę #7
Dawno nie widziałem Lili. Zaczął się nowy rok szkolny. Mimo wszystko wrzesień był spokojnym miesiącem. Rodzice Lilinette powiedzieli, iż chodzi do szkoły, acz dalej ubiera się niestosownie. Był przynajmniej jeden plus w całym tym nieszczęściu. Miałem ogromną nadzieję, że dziewczyna nie zaprzepaści szansy porządnego ukończenia szkoły z pozytywnymi wynikami na maturze i dostania się na wymarzone studia. Zawsze mówiła o tym jak bardzo chciałabym dostać się na prawo. To była wysoka poprzeczka, dlatego musiała się starać tak bardzo jak dwie poprzednie klasy.
Widziałem ją nawet kilka razy. Pogodna, radosna. Wychodziła z koleżankami z klasy. Jednak to była tylko obłuda początkująca coś znacznie gorszego. Nie chciałem do siebie tego dopuścić. Wmawiałem sobie, że zawsze widzę ją radosną, ale naprawdę z dnia na dzień marniała w oczach. Dalej spotykała się z dziewczynami z klasy w parku. Podobno zapraszała je nawet do domu. Zaś po rozmowie z rodzicami Lili nic nie wywnioskowałem prócz tego, że oni również zauważyli zmianę jej samopoczucia. Słyszałem nawet, iż nie chodzi na żadne piątkowe imprezy, a w tygodniu spędza wiele czasu nad książkami.
Od razu mogłem dostrzec, że wszystko było za piękne, za szybko wróciło do normy.
Jeden z pierwszych dni października. Ciepło, przyjemnie. Wylegiwałem się na tarasie owinięty w koc. Na stoliku stała gorąca herbata z cytryną oraz mój telefon. Zawsze byłem pod ręką, do usług wszystkich. Przeciągnąłem się leniwie i usłyszałem dzwonek telefonu. Dość tępy, wyprowadzający mnie z błogiego spokoju. Słyszałem pierwsze słowa piosenki Erica Claptona "Tears in Heaven". Chciałem się wsłuchać, jednak na wyświetlaczu pojawił się napis "Mama Lili". Zmarszczyłem lekko czoło i odebrałem.
- Słucham?
- Tash, matko boska, dziecko. Widziałeś może Lili?
Od razu jakiś impuls w głowie powiedział mi, iż jest u swojego kochanego znajomego Kawasakiego, lecz nie znałem adresu, a nie chciałem robić zbędnych nadziei pani Scott.
- Nie, nie widziałem. A coś się stało? - spytałem dość spokojnym tonem głosu starając się nie zdradzić własnego zdenerwowania.
Tego dnia serce latało mi jak oszalałe. Dowiedziałem się, iż moja przyjaciółka z dzieciństwa unika szkoły i wraca bardzo późno w nocy. Nie mogłem stwierdzić co się z nią dzieje. Wtedy było to dla mnie nieznanym, jednak teraz trzymając jej pamiętnik w dłoniach dokładnie wiem co się działo. W prawdzie daty są lekko zamazane i nie mogę stwierdzić nic więcej, że pisała o końcu września i początku października.
Widziałam dziś pięknego ptaka. Był wolny. Łopotał powolnie swoimi skrzydłami strząsając resztki porannej rosy. Jego pióra wydawały się lśnić na słońcu. Chciałam być taka jak on. Nie potrzebowałam klatki, która sprawiała mi więcej smutku niż radości. Tak. Na początku było wspaniale. Odzyskałam stare kontakty i mimo innego stylu, jaki zapanował na mnie w wakacje, wszyscy mnie akceptowali. A może nawet bardziej polubili? Sama nie wiem. Uważali mnie za lekko ducha.
Dziś Tracie powiedziała mi, że jestem tak bardzo wolną osobą, że pewnie robię wiele rzeczy w ciągu każdego dnia. Oznajmiła nawet, iż mi zazdrości. Chciałam wtedy jej powiedzieć, że od czasu końca wakacji straciłam kontakty z Melo i Kawasakim oraz resztą. Ale ona ich nie znała. Nic nie mogłam zrobić, dlatego uśmiechnęłam się zawadiacko jak to miałam w zwyczaju, choć wiedziałam, że wyglądam jak kompletny głąb.
Włóczę się jak cień po korytarzach szkolnych. Dziś na lekcji fizyki doszłam do wniosku, że czuję się wypompowana emocjonalnie. Powróciła stara rutyna. Nadmiar nauki, testów. Przygotowanie do matury. Kiedyś planowałam być prawnikiem. Teraz sama nie wiem czego oczekuję od życia. Z dnia na dzień gubię się coraz bardziej. Podniosłam dłoń, po czym powiedziałam nauczycielce, że strasznie źle się czuję. Odesłała mnie do pielęgniarki. Na szczęście mogłam wziąć swoje rzeczy, bo było tylko kilka minut do dzwonka. Kierowana zwykłym odruchem poszłam do owej pielęgniarki. Sprawdziła mi temperaturę, ciśnienie. Wszystko w normie. Mimo wszystko pozwoliła mi pójść do domu i uważać po drodze. Nie mogłam iść do domu. Ostatnio rodzice znów zaczęli ze mną normalnie rozmawiać, choć były to krótkie rozmowy przerywane ich pracą a moją nauką.
Skierowałam się do parku. Usiadłam na mojej stałej ławce, wyciągnęłam leniwie nogi. Miałam szaloną ochotę ściągnąć buty, resztę ubrań i położyć się w wannie z gorącą wodą i jakimiś olejkami zapachowymi. Potrzebowałam odprężenia. Tak myślałam.
Minęło parę dni. Mimo kąpieli, odpoczynku od ciągłego siedzenia w książkach do godzin uznawanych za nieprzyzwoite oraz wielu spacerach z dziewczynami, a czasem chłopakami, z klasy... czułam się tylko gorzej. Raz po raz otwieram ten pamiętnik. Spisuję wszystko co mnie męczy. I jeszcze jest gorzej. Czy ja się sypię?
Już wiem! Wiem czego mi brakowało. Czyż nie omijałam końca roku szkolnego jak ognia? Czy nie byłam wtedy o wiele szczęśliwsza i pogodniejsza? Ciągle się coś działo. Robiłam na przekór rodzinie i Tashowi, z którym w gruncie rzeczy nie rozmawiam od bardzo dawna. Od tej ostatniej rozmowy w parku. Nie wiem czy mi go brakuje. Ale na sto procent wiem, iż chcę znów tych imprez do późna i towarzystwa Melo oraz Kawasakiego. Stęskniłam się. Dlatego wróciłam do nich. Teraz.. odpoczywam od szkoły całkiem. Ale jeszcze tam wrócę! Mam sporo czasu do matury. Nauka nie zając. Ale życie tak.
piątek, 9 sierpnia 2013
Życie na nudę #6
15 sierpnia 2005 rok
Dzisiaj mam spotkać się z Eleną. Dawno nie pisałam w tym pamiętniku, dlatego postanowiłam nadrobić zaległości. Nawet w tak głupi sposób. Siedząc w parku. W całkowitej ciszy i spokoju. Lubię się bawić, ale czasem przydaje się taki odpoczynek i izolacja od znajomych. Wtedy nabieram nowej chęci na zabawę.
W gruncie rzeczy to już trzeci raz kiedy Elena prosi mnie o pomoc w doborze bielizny. Robi to dość często, ale najwyraźniej lubi nowości. Chociaż.. czasem wybiera dość kusą, koronkową albo ekstrawagancką bieliznę. Widocznie taki ma styl.
Raz, gdy zajrzałam do jej szafy byłam zaskoczona ilością rzeczy. Zdziwiło mnie tylko, że kilku szuflad nie pozwoliła mi w ogóle otwierać. Może wstydziła się, czy coś. Nie wiem. Nie wtrącałam się i nie naciskałam na tą wiedzę.
Ostatnimi czasy zaczęłam palić. Mówiłam sobie na początku, że kilka papierosów nie zaszkodzi. Ale teraz nie wiem jak pozbyć się tego okropnego nałogu. Trudno. Może kiedyś spróbuję. Ale w klubach, do których chodzę czasem dobrze jest zapalić. Szczególnie przy wszechobecnym pocie tańczących.
Musiałam przerwać wcześniejsze pisanie. Pojawił się Tash. To było jak zasadzka. Dobrze, że nie dopytywał o to co pisałam. Jak zawsze był dość powściągliwy. Gdy spytał mnie o to, co słychać nie mogłam się po prostu powstrzymać. Zaczęłam opowiadać. Z innymi przeżywałam wiele chwil, ale praktycznie nigdy nie miałam domu opowiadać co robiłam. Czasem z Eleną porozmawiałam, gdy w trakcie imprezowania znikała i często nie wracała, choć zarzekała się, że wróci.
Chciał, żebym się jeszcze odezwała, ale nie wiem czy to zrobię. Może jak znowu spotkamy się w parku. Tak. Nie mam z nim już tylu tematów co kiedyś. Chociaż czasem go widzę na jakichś dyskotekach, ale wtedy staram się nie wpaść na niego. Raz nawet poprosiłam Melo, abyśmy poszły do innego klubu, bo wydawało mi się, że mnie zobaczył.
Właśnie. Byłam z Eleną w sklepie. Dziś postawiła na czerwień, ponieważ powiedziałam jej, iż wygląda nieziemsko w tym kolorze. Szkoda tylko, że jej bielizna większość odkrywała niż zakrywała. I miała nadmiar koronki. Nie rozumiałam do jest przyjemnego w takiej bieliźnie. Owszem, nosiłam czasem podobną, ale z mniejszą ilością koronek i prześwitów. Ale tylko do klubów i tyle.. Nie wiem po co nosić taką na co dzień. Sama sobie kupiłam trzy nowe staniki. Wydaje mi się, że te stare zrobił się małe.
Przed sobą mam jeszcze tylko połowę wakacji i zacznę trzecią klasę liceum. Troszkę się boję, bo będę musiała zrezygnować z wielu imprez na rzecz nauki. Ale sama nie wiem, jeszcze się zobaczy. Na razie muszę wykorzystać resztkę wakacji, dlatego ograniczę moją izolację od świata i powrócę do Melo i Kawasakiego, a także reszty. Dawno nie widziałam Miriam.
środa, 7 sierpnia 2013
Życie na nudę #5
6 lipca uświadomił mi, iż jeden miesiąc wystarczył do dość wyraźnej zmiany w charakterze Lili. I w wyglądzie. Ostatnio wyszedłem do sklepu. Zobaczyłem dość wyuzdanie ubraną dziewczynę. W pierwszej chwili nie wiedziałem kto to może być, jednak zaraz poznałem Lilinette. Nie podszedłem do niej, gdyż ostatnio nie miała ochoty nawet ze mną rozmawiać. Nie odpowiadała na sms'y, wiadomości ani telefony. Najwidoczniej musiała chwilę pobyć sama.
Lekko zdziwił mnie jej strój. Krótka czarna spódniczka, która dokładnie przylegała do ciała. Bluzka w tym samym kolorze co spódnica z jakimś znakiem, miała duży dekolt, a momentami wystawał jej czerwony stanik. Szpilki i biżuteria. Oraz makijaż. Na szczęście z makijażem nie przesadziła, wyglądała jeszcze normalnie.
Minęło kilka dni, gdy zobaczyłem Lili z już ostrym makijażem w towarzystwie ludzi nieziemsko podobnych do siebie oraz dwóch innych dziewczyn. Jedna na oko dwudziestoletnia, góra dwudziestoczteroletnia. Drugą zaś poznałem przypominając sobie o dniu, gdy odbierałem przyjaciółkę z dyskoteki, a ta była upita. Nazywała się Elena, z tego co wymamrotała wtedy Li.
Widywałem ją niejednokrotnie. Spędzała aktywnie czas poza domem. Trudno było się do niej dodzwonić. Raz gdy spotkałem jej rodziców powiedzieli, że martwią się o swoją córkę. Znikała na wiele godzin. Czasem nawet przez parę dni nie było jej w domu.
- Ostatnio przeszukałam jej rzeczy... Nigdy tego nie robiłam, bo jej ufałam. Ale..- matka Lili wstrzymała oddech na dłuższą chwilę. Zastanawiała się jak wydusić z siebie cokolwiek. Najwyraźniej owa rzecz była dla niej bardzo złym symbolem. - W łóżku znalazłam papierosa... A gdy spojrzałam pod nie.. cała paczka przyczepiona umyślnie do spodu, abym w razie czego nie dojrzała... Lili jest sprytna, zawsze taka była.
Westchnęła przeciągle. Było mi źle widząc smutne oczy mojej przyszywanej ciotki. Nie mogłem pomóc.
- Może coś wiesz, Tash?
Ojciec dziewczyny spojrzał na mnie wręcz błagalnym spojrzeniem.
- Nie.. Przepraszam. - zagryzłem lekko wargę. - Nie odzywa się do mnie od miesiąca.
- Naprawdę!? - usłyszałem uniesiony głos pani Scott. - Ale ona mówiła, że wychodzi z Tobą... Bardzo często.
- Słucham...?
Byłem wtedy bardzo zdziwiony. Aż do tej chwili nie przypuszczałem, iż Lilinette może być zdolna do kłamania swoim rodzicom. Zrozumiałbym jeszcze, że kłamie mi, ale.. Nie. Z nią było coś nie tak.
Niedawno udało mi się porozmawiać z Lilinette.
Szedłem parkiem, gdy dostrzegłem ją siedzącą w całkowitej samotności. Pisała coś w dość grubym zeszycie. Podszedłem cicho.
- Cześć..
Uniosła wzrok i na mój widok od razu zamknęła zeszyt oraz schowała go głęboko do torby razem z długopisem. Wtedy nie wiedziałem, że to jej pamiętnik. Teraz trzymam go w ręku. Spisuję trochę rzeczy ze swojej głowy. I z tego co było w tym pamiętniku. Niedługo zamierzam dołączyć opowieść Miriam, gdyż dopiero niedługo się pozna z Lili.
Niechętnie odpowiedziała na moje powitanie.
- Co słychać?
Spojrzała na mnie dość pustym wzrokiem, który zaraz się ożywił. Wyglądała jak szczęśliwe dziecko z dozą mocnego makijażu. Aczkolwiek dziś miała na sobie coś bardziej zakrywającego biust i nogi. Najwidoczniej nie miała dziś planów.
- Wiesz, ostatnio robię dużo fajnych rzeczy! Wychodzę z wieloma ludźmi. Nawet nauczyli mnie tańczyć. Ale dalej uważam, że robię to nijak... - mówiąc to przytakiwała sama sobie głową. Momentami wkładała paznokcie do ust i przygryzała je lekko. - Z tego co pamiętam Elenę poznałeś wtedy przed dyskoteką. - powiedziała to tak, jakby wtedy nie była upita, a ja jej wcale nie okrzyczał kolejnego dnia. - Elena jest urocza. Ma siedemnaście lat. Całkiem dobrze się z nią dogaduję. Na początku myślałam, że jest zimna i nie będę mogła złapać z nią żadnego kontaktu. Ale! teraz rozmawiam z nią jak kiedyś z matką.
Słuchałem jej uważnie nie przerywając długiego monologu. Opowiedziała mi o nocnych wypadach. Ucieczkach z domu i adrenalinie, która temu towarzyszyła. Opisała mi nawet dom Harukich bardzo szczegółowo. Jednak była smutna na myśl, iż nie może odpowiedzieć mi o pokoju i gabinecie Kawasakiego, gdyż nigdy tam nie była. A była połowa sierpnia. Najwięcej opowiadała o Miriam. Uważała ją za nieskończoną piękność. Hebanowe włosy, cudny uśmiech i nieskazitelnie białe zęby. Mleczna cera. Zazdrościła jej.
Spojrzała w pewnym momencie na wyświetlacz komórki.
- Muszę iść. Obiecałam Elenie pomóc w wyborze nowej bielizny. Chociaż nie wiem czemu to jest dla niej tak ważne...
- Mhm, ok. Cześć, odezwij się.
- Pa.
Lekko zdziwił mnie jej strój. Krótka czarna spódniczka, która dokładnie przylegała do ciała. Bluzka w tym samym kolorze co spódnica z jakimś znakiem, miała duży dekolt, a momentami wystawał jej czerwony stanik. Szpilki i biżuteria. Oraz makijaż. Na szczęście z makijażem nie przesadziła, wyglądała jeszcze normalnie.
Minęło kilka dni, gdy zobaczyłem Lili z już ostrym makijażem w towarzystwie ludzi nieziemsko podobnych do siebie oraz dwóch innych dziewczyn. Jedna na oko dwudziestoletnia, góra dwudziestoczteroletnia. Drugą zaś poznałem przypominając sobie o dniu, gdy odbierałem przyjaciółkę z dyskoteki, a ta była upita. Nazywała się Elena, z tego co wymamrotała wtedy Li.
Widywałem ją niejednokrotnie. Spędzała aktywnie czas poza domem. Trudno było się do niej dodzwonić. Raz gdy spotkałem jej rodziców powiedzieli, że martwią się o swoją córkę. Znikała na wiele godzin. Czasem nawet przez parę dni nie było jej w domu.
- Ostatnio przeszukałam jej rzeczy... Nigdy tego nie robiłam, bo jej ufałam. Ale..- matka Lili wstrzymała oddech na dłuższą chwilę. Zastanawiała się jak wydusić z siebie cokolwiek. Najwyraźniej owa rzecz była dla niej bardzo złym symbolem. - W łóżku znalazłam papierosa... A gdy spojrzałam pod nie.. cała paczka przyczepiona umyślnie do spodu, abym w razie czego nie dojrzała... Lili jest sprytna, zawsze taka była.
Westchnęła przeciągle. Było mi źle widząc smutne oczy mojej przyszywanej ciotki. Nie mogłem pomóc.
- Może coś wiesz, Tash?
Ojciec dziewczyny spojrzał na mnie wręcz błagalnym spojrzeniem.
- Nie.. Przepraszam. - zagryzłem lekko wargę. - Nie odzywa się do mnie od miesiąca.
- Naprawdę!? - usłyszałem uniesiony głos pani Scott. - Ale ona mówiła, że wychodzi z Tobą... Bardzo często.
- Słucham...?
Byłem wtedy bardzo zdziwiony. Aż do tej chwili nie przypuszczałem, iż Lilinette może być zdolna do kłamania swoim rodzicom. Zrozumiałbym jeszcze, że kłamie mi, ale.. Nie. Z nią było coś nie tak.
Niedawno udało mi się porozmawiać z Lilinette.
Szedłem parkiem, gdy dostrzegłem ją siedzącą w całkowitej samotności. Pisała coś w dość grubym zeszycie. Podszedłem cicho.
- Cześć..
Uniosła wzrok i na mój widok od razu zamknęła zeszyt oraz schowała go głęboko do torby razem z długopisem. Wtedy nie wiedziałem, że to jej pamiętnik. Teraz trzymam go w ręku. Spisuję trochę rzeczy ze swojej głowy. I z tego co było w tym pamiętniku. Niedługo zamierzam dołączyć opowieść Miriam, gdyż dopiero niedługo się pozna z Lili.
Niechętnie odpowiedziała na moje powitanie.
- Co słychać?
Spojrzała na mnie dość pustym wzrokiem, który zaraz się ożywił. Wyglądała jak szczęśliwe dziecko z dozą mocnego makijażu. Aczkolwiek dziś miała na sobie coś bardziej zakrywającego biust i nogi. Najwidoczniej nie miała dziś planów.
- Wiesz, ostatnio robię dużo fajnych rzeczy! Wychodzę z wieloma ludźmi. Nawet nauczyli mnie tańczyć. Ale dalej uważam, że robię to nijak... - mówiąc to przytakiwała sama sobie głową. Momentami wkładała paznokcie do ust i przygryzała je lekko. - Z tego co pamiętam Elenę poznałeś wtedy przed dyskoteką. - powiedziała to tak, jakby wtedy nie była upita, a ja jej wcale nie okrzyczał kolejnego dnia. - Elena jest urocza. Ma siedemnaście lat. Całkiem dobrze się z nią dogaduję. Na początku myślałam, że jest zimna i nie będę mogła złapać z nią żadnego kontaktu. Ale! teraz rozmawiam z nią jak kiedyś z matką.
Słuchałem jej uważnie nie przerywając długiego monologu. Opowiedziała mi o nocnych wypadach. Ucieczkach z domu i adrenalinie, która temu towarzyszyła. Opisała mi nawet dom Harukich bardzo szczegółowo. Jednak była smutna na myśl, iż nie może odpowiedzieć mi o pokoju i gabinecie Kawasakiego, gdyż nigdy tam nie była. A była połowa sierpnia. Najwięcej opowiadała o Miriam. Uważała ją za nieskończoną piękność. Hebanowe włosy, cudny uśmiech i nieskazitelnie białe zęby. Mleczna cera. Zazdrościła jej.
Spojrzała w pewnym momencie na wyświetlacz komórki.
- Muszę iść. Obiecałam Elenie pomóc w wyborze nowej bielizny. Chociaż nie wiem czemu to jest dla niej tak ważne...
- Mhm, ok. Cześć, odezwij się.
- Pa.
sobota, 3 sierpnia 2013
Krokiet na nazwę!
Akurat dzisiejszego dnia wzięło mi się na wspominki. Opisanie sytuacji jak najbardziej zwyczajnej. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Po prostu piszę, bo taka wena nadeszła.
Czasami, gdy zakładam nowego bloga, czy inną stronę, długo myślę nad ciekawą i niezaprzeczalnie fenomenalną nazwą. Nazwa jest dla mnie pierwszymi drzwiami do "sukcesu". Dlatego myślę nad nią jak najdłużej, by znaleźć tą odpowiednią, ewentualnie skończyć z jakimś dziwactwem, ponieważ myśli odmawiają mi posłuszeństwa.
Tamtego kwietniowego dnia usiadłam spokojnie przed komputerem. Jak zwykle, wynudzona. Jednak był to dzień przed urodzinami pewnego pana. Nie oczekiwałam cudu, iż z nim porozmawiam. Od dłuższego czasu z nim nie rozmawiałam, więc tym bardziej nie myślałam, iż się pojawi. Zajęłam się oglądaniem anime. Jednak znudziło mi się to dość szybko. Odrobiłam jedynie lekcje, gdyż była to niedziela, a trzeba było koniec końców nie mieć zaległości. Pisałam troszkę z moją przyjaciółką, którą nazywam dość owocowo - Ananas.
Rozmawiałam z nią o jej blogu. Ponarzekałam troszkę, że też bym chciała założyć, ale chyba się nie opłaca, gdyż teraz królują blogi o tematyce... właśnie. Nie wiem czy to jest tematyka. Nie, absolutnie. Po prostu w tych często odwiedzanych blogach można teraz spotkać jakieś gwiazdy. Z otoczenia, w którym najwięcej się kręcę dopatrzyłam się tego, iż królują tam gwiazdy k-pop'u albo j-rock'a. Wcale mnie to nie dziwi, gdyż jeszcze dwa lata temu była kompletna jazda na pisanie czegoś z ulubionymi postaciami z anime, mangi. Wtedy akurat mi się też nie udało zbytnio wybić, choć wymyślałam japońskie imiona i sama coś sklekociłam, jednakże NIGDY nie tworzyłam romansidła, w którym to ja byłam główną bohaterką, zaś wokół mnie kręciło się kilku bohaterów różnych serii. Jeżeli chciałam już romansidło to mnie tam nie było.
Westchnęłam przeciągle przed komputerem. Nie pamiętam dokładnie tej rozmowy. Wiem, że potem Ananas zamilkła i sama użerałam się z myślami przez godzinę.
I stało się.
Wielka, wszechobecna moc rozkazała mi założyć bloga.
Zabrałam się za to i od razu padłam na punkcie "nazwa bloga".
- Kurczę, czy to zawsze musi być takie trudne!?
Tak, powiedziałam to na głos, dzięki czemu matka zdziwiona zajrzała do mojego pokoju z zapytaniem, czy oszalałam już doszczętnie. Ale nie teraz o mojej nieogarniętej głowie tylko o nazwie.
Dumałam tak z dwie godzinki. Myślałam. Już wpisywałam jakąś super, rewelacyjną, moemoe nazwę, gdy... "nazwa zajęta". Cholera. Jeżeli chcę mieć nazwę "krokiet" to nie będę chciała "krokiet014". Żyj sobie dobrze osobo, która uprzedziła moje myśli. Dzięki Tobie musiałam myśleć dłużej.
Pamiętam jak jakieś trzy lata temu założyłam bloga o bardzo długiej nazwie. To był mój pierwszy. Chciałam pisać dalszą część do "Naruto". I powstała około pięciosłowowa nazwa. A ja się dziwiłam, że na niego weszło około stu osób tylko przez niecały rok. Dobra, z ręką na sercu przyznaję - "szatę graficzną" sama stworzyłam i po tych latach stwierdzam, że pełno Hinaty i niebieskości i te spadające gwiazdki oraz wskaźnik w kształcie serduszka wcale nie były kuszące. I mój początkowy styl pisania oraz masa błędów ortograficznych, ee... Idźmy dalej!
Potem miałam jeszcze dziesiątki blogów. Jeden z nich pisałam z pewną dziewczyną o rok młodszą ode mnie. Ona robiła piękną oprawę graficzną! I chyba był to mój najpopularniejszy blog. Miał w ciągu pół roku bardzo wiele komentarzy i ponad dwa tysiące wyświetleń.. Ten blog miał całe trzy słowa w nazwie. Myślałam nad nią całe trzy dni! Naprawdę. Moriah Infernal City. Do tej pory pamiętam. Teraz tylko tam wisi z poukrywanymi postami.
Ale co mnie najbardziej boli z perspektywy czasu...
Moje myślenie kiedyś wzięło górę i uznałam, że bardzo oryginalnie będzie mieć nazwę bloga zapisaną za pomocą romaji! A kij by to... Gdybym nie udostępniała swojego bloga na portalu społecznościowym to nikt by nie wchodził. Dlatego każdemu, kto zaczyna przygodę z pisaniem od tej pory odradzałam takich wymysłów, bo jest to najgorsze co może zrobić.
Idąc dalej..
Nazw miałam wiele.
Ale akurat tego dnia myślałam nad nią najkrócej ze wszystkich do tej pory złożonych przez mój jakże mało polonistyczny łeb.
Właśnie - dzięki książce od polskiego znalazłam tą jedyną i niepowtarzalną, moim zdaniem, nazwę.
Wtedy to przygasałam już z nadzieją na coś co zaiskrzy mi w główce.
Oparłam głowę bezradnie o biurko. Zaczęłam narzekać na to jaki ten świat okrutny. Dlaczego nie obdarzono mnie umysłem pojemnym jak nie wiadomo co. I czemu to mam akurat takie rozterki jak znalazłoby się o wiele gorsze.
- Nosz, kur... czę.
Staram się od roku ograniczać przeklinanie. I matula mnie goni. Ale się ciesze, bo wolę być dziewczęciem umiejącym się wysłowić po polsku niż po łacinie podwórkowej z domieszką polskości.
Chciałam wszystko rąbnąć w kąt. Gdy nagle olśniło mnie.
- A może...!
Złapałam pierwszą książkę z brzegu. Był to atlas geograficzny. Popatrzyłam na niego troszkę... zła. Odłożyłam go bez krzty szacunku, jako że fanką geografii nigdy nie byłam. Lisa See "Miłość Peonii". Nie, z tej książki na pewno nazwy nie wykrawam. Acz - wpisałam tytuł i... mogłam, ale doszłam do wniosku, że i tak ta nazwa nie pasuje, plus jest to dla mnie jak mała kradzież.
Chwilę potem dostałam na gadu-gadu wiadomość od pewnej osoby zaczynającą się od "Kiciu". Zapomniałam o tym, że często używam swojego "imienia" - Kot. I wpisałam "kotowo". Tak. Nazwa była dostępna, ale chciałam, aby ogółem blog miał taką nazwę. A nie link. Usunęłam.
I w tym momencie oparłam się z jeszcze starym krzesłem, made in China, o parapet. Spadła książka od polskiego. Podniosłam ją niepewnie. Otworzyłam na byle jakiej stronie. Poprzerzucałam kilka stron w tył. Potem paręnaście w przód. Spojrzałam w spis treści. Znów otworzyłam na byle jakiej stronie.
- To nie ma sensu.
O mały włos nie zgrzytnęłabym zębami, a fuj!
I spojrzałam na stronę. Ujrzałam. Dość specyficzne słowo. Tylko jedno, ale mnie zafascynowało.
Nigdy moich wypocin nie uznawałam za wybitnie dobre. Ot parę szkolnych konkursów, coś ogólnopolskiego, jakieś wyróżnienie. Ale pisałam dość przeciętnie. Są lepsi. Może i ta nazwa nie wyróżniała się dla nikogo niczym szczególnym. Ale od zawsze uznawałam to co robiłam za nijakie, godne ciągłych popraw i rozwoju. I taki jest "mój styl". Dokręcanie wszystkiego na ostatnią śrubkę, choć jeszcze kilkunastu braknie albo kilkudziesięciu do wykończenia mojej osobistej wieży Eiffela.. Ta wieża u mnie kończy się "napisać własną książkę". Może i nie opublikować jej, ale zrobić to dla siebie. Mieć siłę, aby.. Właśnie. Aby co? Aby.. Huh. To bardzo trudne. Ale w gruncie rzecz biorąc na poważnie chcę być z siebie dumna, iż potrafiłam napisać coś długiego, co łączy się w jedno. Jedno. To jest takie trudne. Ciągle próbuję. Ale nici.
Dlatego to słowo było intrygujące. "Cienkusz". Od razu rzuca się w oczy, że chodzi o coś cienkiego. Łapczywie przeczytałam wytłumaczenie owego słowa.
Cienkusz - słabej jakości wino.
Kocham wino tak mocno jak kocham pisać. Dlatego zapragnęłam tej nazwy jak pewnego pana bardzo dawno temu, ale my nie o tym tu.
Aż się zaśmiałam do monitora, co jest oznaką mojej zaskakującej psychozy.
Nazwa delikatna, pospolita, choć oryginalna w swej skromności.
Wpisałam.
- Proszę.. proszę.. proszę..
Błagalnym wzrokiem podziwiałam monitor.
Gdy tylko ujrzałam zielony napis "dostępne", aż podskoczyłam z radości i krzyknęłam. Znów mamuśka wbiegła do pokoju.
- Czy Ty masz nadmiar energii? Idź pobiegać. Albo wykrzyczeć się w lesie.
Uśmiechnęłam się tylko na jej odpowiedź niczym kompletna wariatka. Wyszła i zostawiła mnie z mym małym szczęściem w pokoju. Tak, to chore z mojej strony, iż cieszę się wiadomością o tym, że dana nazwa jest dostępna. Ale naprawdę nie wyobrażam sobie mieć "krokiet" gdzieś tam w linku u góry i potem to upubliczniać. Nie w tym życiu!
Gdy wymyślam coś innego niż inni czuję się w jakimś stopniu oryginalna, inną. Może nawet wyjątkowa. Nie chwalę się tym, ale tak jest.
I tak kliknęłam "załóż bloga". Oto jest. Ten blog. Namiastka mojego dziwnego "ja". Moja spuścizna dla tego wielkiego świata, choć wiem, iż on wcale nie przyjmuje go chętnie.
Czasami, gdy zakładam nowego bloga, czy inną stronę, długo myślę nad ciekawą i niezaprzeczalnie fenomenalną nazwą. Nazwa jest dla mnie pierwszymi drzwiami do "sukcesu". Dlatego myślę nad nią jak najdłużej, by znaleźć tą odpowiednią, ewentualnie skończyć z jakimś dziwactwem, ponieważ myśli odmawiają mi posłuszeństwa.
Tamtego kwietniowego dnia usiadłam spokojnie przed komputerem. Jak zwykle, wynudzona. Jednak był to dzień przed urodzinami pewnego pana. Nie oczekiwałam cudu, iż z nim porozmawiam. Od dłuższego czasu z nim nie rozmawiałam, więc tym bardziej nie myślałam, iż się pojawi. Zajęłam się oglądaniem anime. Jednak znudziło mi się to dość szybko. Odrobiłam jedynie lekcje, gdyż była to niedziela, a trzeba było koniec końców nie mieć zaległości. Pisałam troszkę z moją przyjaciółką, którą nazywam dość owocowo - Ananas.
Rozmawiałam z nią o jej blogu. Ponarzekałam troszkę, że też bym chciała założyć, ale chyba się nie opłaca, gdyż teraz królują blogi o tematyce... właśnie. Nie wiem czy to jest tematyka. Nie, absolutnie. Po prostu w tych często odwiedzanych blogach można teraz spotkać jakieś gwiazdy. Z otoczenia, w którym najwięcej się kręcę dopatrzyłam się tego, iż królują tam gwiazdy k-pop'u albo j-rock'a. Wcale mnie to nie dziwi, gdyż jeszcze dwa lata temu była kompletna jazda na pisanie czegoś z ulubionymi postaciami z anime, mangi. Wtedy akurat mi się też nie udało zbytnio wybić, choć wymyślałam japońskie imiona i sama coś sklekociłam, jednakże NIGDY nie tworzyłam romansidła, w którym to ja byłam główną bohaterką, zaś wokół mnie kręciło się kilku bohaterów różnych serii. Jeżeli chciałam już romansidło to mnie tam nie było.
Westchnęłam przeciągle przed komputerem. Nie pamiętam dokładnie tej rozmowy. Wiem, że potem Ananas zamilkła i sama użerałam się z myślami przez godzinę.
I stało się.
Wielka, wszechobecna moc rozkazała mi założyć bloga.
Zabrałam się za to i od razu padłam na punkcie "nazwa bloga".
- Kurczę, czy to zawsze musi być takie trudne!?
Tak, powiedziałam to na głos, dzięki czemu matka zdziwiona zajrzała do mojego pokoju z zapytaniem, czy oszalałam już doszczętnie. Ale nie teraz o mojej nieogarniętej głowie tylko o nazwie.
Dumałam tak z dwie godzinki. Myślałam. Już wpisywałam jakąś super, rewelacyjną, moemoe nazwę, gdy... "nazwa zajęta". Cholera. Jeżeli chcę mieć nazwę "krokiet" to nie będę chciała "krokiet014". Żyj sobie dobrze osobo, która uprzedziła moje myśli. Dzięki Tobie musiałam myśleć dłużej.
Pamiętam jak jakieś trzy lata temu założyłam bloga o bardzo długiej nazwie. To był mój pierwszy. Chciałam pisać dalszą część do "Naruto". I powstała około pięciosłowowa nazwa. A ja się dziwiłam, że na niego weszło około stu osób tylko przez niecały rok. Dobra, z ręką na sercu przyznaję - "szatę graficzną" sama stworzyłam i po tych latach stwierdzam, że pełno Hinaty i niebieskości i te spadające gwiazdki oraz wskaźnik w kształcie serduszka wcale nie były kuszące. I mój początkowy styl pisania oraz masa błędów ortograficznych, ee... Idźmy dalej!
Potem miałam jeszcze dziesiątki blogów. Jeden z nich pisałam z pewną dziewczyną o rok młodszą ode mnie. Ona robiła piękną oprawę graficzną! I chyba był to mój najpopularniejszy blog. Miał w ciągu pół roku bardzo wiele komentarzy i ponad dwa tysiące wyświetleń.. Ten blog miał całe trzy słowa w nazwie. Myślałam nad nią całe trzy dni! Naprawdę. Moriah Infernal City. Do tej pory pamiętam. Teraz tylko tam wisi z poukrywanymi postami.
Ale co mnie najbardziej boli z perspektywy czasu...
Moje myślenie kiedyś wzięło górę i uznałam, że bardzo oryginalnie będzie mieć nazwę bloga zapisaną za pomocą romaji! A kij by to... Gdybym nie udostępniała swojego bloga na portalu społecznościowym to nikt by nie wchodził. Dlatego każdemu, kto zaczyna przygodę z pisaniem od tej pory odradzałam takich wymysłów, bo jest to najgorsze co może zrobić.
Idąc dalej..
Nazw miałam wiele.
Ale akurat tego dnia myślałam nad nią najkrócej ze wszystkich do tej pory złożonych przez mój jakże mało polonistyczny łeb.
Właśnie - dzięki książce od polskiego znalazłam tą jedyną i niepowtarzalną, moim zdaniem, nazwę.
Wtedy to przygasałam już z nadzieją na coś co zaiskrzy mi w główce.
Oparłam głowę bezradnie o biurko. Zaczęłam narzekać na to jaki ten świat okrutny. Dlaczego nie obdarzono mnie umysłem pojemnym jak nie wiadomo co. I czemu to mam akurat takie rozterki jak znalazłoby się o wiele gorsze.
- Nosz, kur... czę.
Staram się od roku ograniczać przeklinanie. I matula mnie goni. Ale się ciesze, bo wolę być dziewczęciem umiejącym się wysłowić po polsku niż po łacinie podwórkowej z domieszką polskości.
Chciałam wszystko rąbnąć w kąt. Gdy nagle olśniło mnie.
- A może...!
Złapałam pierwszą książkę z brzegu. Był to atlas geograficzny. Popatrzyłam na niego troszkę... zła. Odłożyłam go bez krzty szacunku, jako że fanką geografii nigdy nie byłam. Lisa See "Miłość Peonii". Nie, z tej książki na pewno nazwy nie wykrawam. Acz - wpisałam tytuł i... mogłam, ale doszłam do wniosku, że i tak ta nazwa nie pasuje, plus jest to dla mnie jak mała kradzież.
Chwilę potem dostałam na gadu-gadu wiadomość od pewnej osoby zaczynającą się od "Kiciu". Zapomniałam o tym, że często używam swojego "imienia" - Kot. I wpisałam "kotowo". Tak. Nazwa była dostępna, ale chciałam, aby ogółem blog miał taką nazwę. A nie link. Usunęłam.
I w tym momencie oparłam się z jeszcze starym krzesłem, made in China, o parapet. Spadła książka od polskiego. Podniosłam ją niepewnie. Otworzyłam na byle jakiej stronie. Poprzerzucałam kilka stron w tył. Potem paręnaście w przód. Spojrzałam w spis treści. Znów otworzyłam na byle jakiej stronie.
- To nie ma sensu.
O mały włos nie zgrzytnęłabym zębami, a fuj!
I spojrzałam na stronę. Ujrzałam. Dość specyficzne słowo. Tylko jedno, ale mnie zafascynowało.
Nigdy moich wypocin nie uznawałam za wybitnie dobre. Ot parę szkolnych konkursów, coś ogólnopolskiego, jakieś wyróżnienie. Ale pisałam dość przeciętnie. Są lepsi. Może i ta nazwa nie wyróżniała się dla nikogo niczym szczególnym. Ale od zawsze uznawałam to co robiłam za nijakie, godne ciągłych popraw i rozwoju. I taki jest "mój styl". Dokręcanie wszystkiego na ostatnią śrubkę, choć jeszcze kilkunastu braknie albo kilkudziesięciu do wykończenia mojej osobistej wieży Eiffela.. Ta wieża u mnie kończy się "napisać własną książkę". Może i nie opublikować jej, ale zrobić to dla siebie. Mieć siłę, aby.. Właśnie. Aby co? Aby.. Huh. To bardzo trudne. Ale w gruncie rzecz biorąc na poważnie chcę być z siebie dumna, iż potrafiłam napisać coś długiego, co łączy się w jedno. Jedno. To jest takie trudne. Ciągle próbuję. Ale nici.
Dlatego to słowo było intrygujące. "Cienkusz". Od razu rzuca się w oczy, że chodzi o coś cienkiego. Łapczywie przeczytałam wytłumaczenie owego słowa.
Cienkusz - słabej jakości wino.
Kocham wino tak mocno jak kocham pisać. Dlatego zapragnęłam tej nazwy jak pewnego pana bardzo dawno temu, ale my nie o tym tu.
Aż się zaśmiałam do monitora, co jest oznaką mojej zaskakującej psychozy.
Nazwa delikatna, pospolita, choć oryginalna w swej skromności.
Wpisałam.
- Proszę.. proszę.. proszę..
Błagalnym wzrokiem podziwiałam monitor.
Gdy tylko ujrzałam zielony napis "dostępne", aż podskoczyłam z radości i krzyknęłam. Znów mamuśka wbiegła do pokoju.
- Czy Ty masz nadmiar energii? Idź pobiegać. Albo wykrzyczeć się w lesie.
Uśmiechnęłam się tylko na jej odpowiedź niczym kompletna wariatka. Wyszła i zostawiła mnie z mym małym szczęściem w pokoju. Tak, to chore z mojej strony, iż cieszę się wiadomością o tym, że dana nazwa jest dostępna. Ale naprawdę nie wyobrażam sobie mieć "krokiet" gdzieś tam w linku u góry i potem to upubliczniać. Nie w tym życiu!
Gdy wymyślam coś innego niż inni czuję się w jakimś stopniu oryginalna, inną. Może nawet wyjątkowa. Nie chwalę się tym, ale tak jest.
I tak kliknęłam "załóż bloga". Oto jest. Ten blog. Namiastka mojego dziwnego "ja". Moja spuścizna dla tego wielkiego świata, choć wiem, iż on wcale nie przyjmuje go chętnie.
wtorek, 30 lipca 2013
Życie na nudę #4
23 czerwca 2005 rok
Jest mi trochę przykro. Tash w piątek idzie do pracy. Jest poniedziałek. Znów będę musiała tłuc się tam sama. Ma dla mnie wiele czasu, ale odczuwam brak pojawiania się w moim powoli odnawiającym się życiu.
Wiedziałem, że jej bardzo często odmawiam, ale prowadziłem życie dość inne niż ona chciała. Wychodziłem na imprezy, ale nie tak często jak Lili. Ostatnim razem jak z nią byłem nie zastaliśmy jej nowych znajomych. Tłumaczyłem jej, że tak się zdarza. Zrozumiała to. Jednak nie potrafi zrozumieć, że chodzę do pracy, pomagam w domu i jestem też zmęczony.
Jednak 28 czerwca przebiła samą siebie. Kończyłem pracę o 24, dlatego obiecałem jej, że ją odbiorę.
Z daleka zobaczyłem Lilinette ubraną w luźną, czerwoną sukienkę. Podtrzymywała ją na swoim ramieniu jakaś brunetka. Wyskoczyłem z auta.
- Co się stało?
Byłem w lekkim szoku. Zielone oczy nieznajomej spojrzały po mnie z nadzwyczajnym spokojem.
- Upiła się. - odpowiedziała cicho.
Uniosłem lekko brew. Pamiętam mój szok jak dziś. Czy ona oszalała? Nigdy, przenigdy Lili nie zrobiłaby czegoś takiego. Byłem pewny, że jej nowi znajomi tak na nią wpływają. Odebrałem od niej przyjaciółkę.
- Dziękuję... - wymamrotałem.
Nieznajoma tylko kiwnęła głową.
- Paaaa.... Elenko. - Lili wybełkotała z nadzwyczajnym rozbawieniem słowa pożegnania, po czym zamilkła i pobladła.
Zanim odjechaliśmy Lilinette musiała parokrotnie zwrócić zawartość żołądka. Wyglądała strasznie. W aucie praktycznie leżała jak odurzona narkotykiem a nie alkoholem. To była tragedia. Mimo ogólnego zmęczenia postanowiłem odwieźć ją do domu i zostać na noc. Zachowywała się dość otępiale. Nigdy się nie upiła i to mnie nieco dobijało. Dodatkowo jej rodziców nie było w domu przez kilka dni a ich córeczka w najlepsze opijała zakończenie drugiej klasy liceum.
30 czerwca 2005 rok
Tash oszalał ostatniej nocy! Nie, dnia. Chodziło mi o dzień, tak. W prawdzie nie pamiętam za bardzo piątkowej imprezy, ale wiem, ze wczoraj się czułam tragicznie miotana pierwszym w życiu kacem. Ale nie.. on musiał jeszcze na mnie nakrzyczeć. Wpierw powiedział, że przeze mnie nie spał całą noc, choć był wykończony po pracy. I musiał zwolnić się na sobotę, bo by nie zdążył. To mógł mnie zostawić! Nie musiałby zwalać całej winy na mnie...
A więc... W piątek zrobiłam...
[...]
.. pamiętam tylko moment, jak weszłam do klubu, spotkałam Melo i Kawasakiego. Tańczyliśmy. Dostałam parę drinków. I potem się obudziłam w domu. Z kosmicznym bólem głowy i suchością w ustach. Całkiem nieprzyjemne doświadczenie. Ciekawe czy tak będzie zawsze. Tash siedział na moim fotelu i wlepiał głupio wzrok w podłogę.
- Dzień dobry... - mruknęłam na powitanie, jednak odwzajemnił mi to tylko zimną ciszą.
Na raz wybuchnął:
- Postradałaś zmysły!?
Rozszerzyłam lekko powieki. O co mu chodziło?
- W domu nie masz rodziców... latasz po jakichś klubach z ludźmi, w gruncie rzeczy, całkowicie obcymi. Obiecuję Ci, że odbiorę Cię z dyskoteki... Przyjeżdżam i widzę cię wspartą i szczebioczącą jak głupia w objęciach jakiejś dziewczyny, której strój przypominał mi prostytutkę.
- Nie obrażaj Eleny!
-... daj mi skończyć. - warknął.
Bolała mnie głowa tak mocno, że nie wszczęłam większej awantury.
- Po pierwsze, rozumiem, że chcesz mieć ciekawsze życie, ale mogłabyś znaleźć sobie ludzi, którzy by cię nie spijali jak prosiaka. Po drugie, właśnie... przesadziłaś stanowczo z alkoholem. Nie znasz słowa "nie"? I ostatnie jesteś tak głupia... Czy pełnoletność odbiła ci palmą na umyśle?
Uniosłam wtedy na niego wzrok i najzwyklej w świecie się roześmiałam, choć był to śmieć pełen złości, rozbawienia i smutku. Co za palant.
- A nie mogę? Chcę robić to na co mam ochotę. Nie zabronisz mi. Mam osiemnaście lat i...
- ... siano we łbie. Tak?
Lili rzuciła się na mnie niczym bestia. Była zła na moje pełen prawdy słowa. Wiem, chciała się bawić, ale mogła robić to jak cywilizowany człowiek. Już wtedy miałem złe przeczucia co do jej ekstremalnego trybu życia, który chciała wprowadzić w istnienie.
Nie uderzyłem jej, choć ona okładała mnie równo wykrzykując jakim jestem idiotą i niemiłym człowiekiem. Była bliska łeb, ale to była tylko i wyłącznie jej wina. Chciałem, aby nie zatopiła się w tym wszystkim za bardzo. Wtedy już czułem, że szykuje się coś złego.
Wyrzuciłam go z domu. Nie mogłam na niego patrzeć. Jak on śmiał być taki dla mnie? Podobno byliśmy przyjaciółmi od dzieciństwa. Więc... czemu mnie nie rozumiał? Potrzebowałam tylko rozrywki. Czy jeden raz jak się upiłam coś zmieniał?
- Wyjdź, proszę.
Rzekłam sucho wracając do łóżka. Okryłam się szczelnie kołdrą. Słyszałam tylko jak wychodził.
sobota, 27 lipca 2013
Życie na nudę #3
10 czerwca 2005 rok
Spotkałam się z Melo, tak jak miałyśmy to wcześniej umówione. Zazdroszczę jej domu. Jest taki duży i wszechstronny. Ma pięć pokoi, z czego dwa są gościnne. Każdy z trzech pokoi. nie będących gościnnymi. ma swoją osobną łazienkę. Jest jeszcze czwarta łazienka, z której korzystają osoby śpiące w pokojach gościnnych. Wszystko jest schludne. A duży salon pomieściłby z trzydzieści osób w swoim wnętrzu. Nic nie obchodzi kurz, gdyż dom Harukich jest regularnie sprzątany przez ich dwie, osobiste sprzątaczki. Nie mogę zapomnieć dodać, iż rodzeństwo mieszka w całkowitym odosobnieniu od rodziców, co mnie nieco zdziwiło. Mają dopiero po 20 lat, a już mieszkają sami. Szokujące. I dorobili się czegoś takiego... Chciałam dowiedzieć się czegoś więcej o rodzicach Melo, jednakże zdradziła mi tylko, iż mieszkają pięćset kilometrów od Minton. A potem zamilkła na moment i zaczęła oprowadzać mnie dalej po domu.
Jej pokój był dość duży. Znajdował się na piętrze. Ściany miała w kolorze soczystej czerwieni, na podłodze leżały całkowicie białe panele. Meble również były białe, aczkolwiek klamki przetykane były równie rażącą czerwienią. I lampa też była czerwona, aby nie przesadzić z bielą. Zasłony były grube, białe przetykane wzorzystymi kwiatami, które bardzo mnie zainteresowały. Melo spała na wielkim łożu, które było w momencie mojej wizyty rozbebeszone. Ogólnie rzecz biorąc dużo rzeczy walało się po podłodze. Często widziałam przedmioty nieznanego mi pochodzenia. Jednak mimo bałaganu pokój sprawiał wrażenie pięknego. Też chciałabym taki.
Nie wchodziłyśmy do pokoju Kawasakiego ani do jego domowego biura. Dane było mi tylko dowiedzieć się, iż są to jego wyznaczone w domu miejsca i ich naruszać absolutnie nie wolno. Chyba, że sam zaprosi. Dlatego musiałam nacieszyć się jedynie widokiem dębowych drzwi.
Kuchnia nie różniła się niczym od mojej, więc nie będę jej opisywać. To samo tyczy się łazienek. Jednak te części domu są jak najbardziej powszechne w każdym, nawet najbogatszym domu. Różnił się jedynie kolorami i wzornictwem kafelek łazienkowych oraz paneli naściennych w kuchni.
Byłam tak podekscytowana. Niestety o godzinie osiemnastej Melo mnie pożegnała. Przez trzy godziny podziwiałam tylko jej dom zamieniając z nią parę słów dotyczących wystroju. Wypytała mnie też trochę o to, co chciałabym zmienić w swoim życiu. Niezaprzeczalnie odparłam, że wszystko.
Nie mogę doczekać się kolejnej wizyty.
21 czerwca 2005 rok
Dziś zostałam ponownie zaproszona do domu Harukich. Tym razem przyjął mnie Kawasaki razem z Melo. Oraz czarnowłosą pięknością, którą szatyn obejmował w pasie. Od razu zrozumiałam, że musi być to jego dziewczyna.
- Nazywam się Miriam. - powiedziała miękko, po czym wyciągnęła śnieżnobiałą dłoń w moim kierunku. Uścisnęłam jej dłoń.
- Lilinette Scott. - kiwnęłam głową z lekkim uśmiechem.
Siedzieliśmy przy długim stole, ja obok Melo a na przeciw nam Kawasaki i Miriam. Rozmawialiśmy dość przyciszonym tonem głosu, choć nie wiedziałam dlaczego. Większości rozmowy nie pamiętam, ale wiem, iż była dość luźna, a Miriam bardzo rzadko się odzywała. Często zastanawiałam się, czy szatyn nie zabrania dziewczynie odzywać się w towarzystwie, jednak nic na to nie wskazywało.
Wypytali mnie o to ile mam lat. Tak, wcześniej zapomnieli o to spytać, choć wspominałam im to naszego pierwszego dnia znajomości w klubie. Sklerotycy.
- Nazywam się Lilinette Scott, jak wiecie. Mam osiemnaście lat. Mieszkam w tym samym mieście co wy, czyli Minton na ulicy Waszyngtona o numerze siedemdziesiąt pięć. Interesuję się rysowaniem. Czytam. Ale chcę zmienić swoje życie na ciekawsze.
Ten fragment chyba powtarzałam z milion razy. Za każdym razem wydawało mi się, że Melo jest jakby pijana. Wcześniej w jej domu miała to samo odczucie, ale nie mówiłam nic na ten temat. W końcu to było jej życie, a ja matką szatynki nie byłam.
Potem Kawasaki razem ze swoją siostrą wyszli gdzieś pilnie i pozostawili mnie z Miriam na całkiem długie pół godziny sam na sam. Rozmawiałam z nią.
- Co myślisz o tym domu? - spytała nagle.
- Jest całkiem ładny. Wszystko jest takie duże, piękne. Czasami wyidealizowane. Ale zazdroszczę. A Ty co myślisz?
- Uh, myślę, że jest to ładne miejsce. Chciałabym mieć kiedyś taki dom, lecz muszę mieszkać w moim małym mieszkanku. - odparła z lekkim uśmiechem.
- A to źle? Lepiej mieć własne niż żadne.
- Nie mówię, że źle. Po prostu dla kobiety w wieku dwudziestu dwóch lat to nieswojo mieszkać samotnej w kawalerce, ale taki mój los. - wymamrotała cicho. Mówiła całkiem przyjaźnie, acz nie umiałam wydobyć z niej co robi w swojej pracy. Nie naciskałam.
- W gruncie rzeczy masz rację, choć ja jeszcze się uczę. - wymamrotałam dość nieśmiało.
- Ucz się, to bardzo ważna część życia, żebyś potem się nie zmarnowała.
Miriam mówiąc to gładziła smukłymi palcami ciężki naszyjnik zwisający jej na obfitą pierś. Wyglądała niczym dama ze śnieżnobiałą skórą, czarnymi jak heban włosami i idealnie dopasowanym ubiorę, a także ozdobami. Gdyby postawił ją ktoś obok jakiejś księżniczki z bajki dorównywałaby jej nieskazitelną urodą i figurą.
I tak minął ten dzień. Jutro będę musiała porozmawiać z Tashem. Jestem ciekawa, czy mógłby pojechać ze mną w piątek do klubu. Umówiłam się z bliźniakami, ale chciałam, aby poznali mojego przyjaciela. Znając życie będzie mieć znów wymówki albo był ostatnio, kiedy ja nie miałam czasu... Zobaczy się.
środa, 24 lipca 2013
Maraton uwodzenia
Niepostrzeżenie zahaczyła opuszkami palców o ramię chłopaka, po czym oddaliła się powabnym krokiem. Wyglądała niczym giętka wić. Kołysała się z boku na bok harmonijnie poruszając biodrami. Stawiała przy tym kroki krótkie, lekkie i ciche. Dłonie miała małe, acz smukłe. Na paznokciach miała zieleń najbardziej intensywnych traw wschodzącej wiosny. I delikatny, złoty pierścionek opasający palec serdeczny.
Dziewczyna swoje kroki kierowała w stronę cienia na obszernym ogrodzie przyłączonym zaraz do hotelu. Zgrabnie przysiadła na trawie. Czerwień jej zwiewnej, krótkiej sukienki opadła dookoła. Odchyliła lekko głowę w tył. Szukała wzrokiem kochanka. Kusząco, choć stanowczo, drgnęła dłonią przywołując go do swego boku. Oczy w kolorze jaspisu agatowego drgnęły delikatnie. Zmrużyła powieki. Czekała.
Młodzieniec oblizał usta zachęcony drobnymi gestami. W jego oczach widać było pożądanie. Chęć szybkiego złapania młodej kobiety w swe ramiona. Wpicia się w jej wydatne usta. Obadania każdego skrawka mlecznej skóry. Ucałowania porcelanowych policzków.
Ruszył. Wolnym krokiem. Z góry przyglądał się opadającej na trawę dziewczynie. Uniosła lekko nogi, poruszyła nimi zgrabnie wyginając przy tym stopy w łagodny łuk. Opuściła je. Zachęcała chłopaka dalej. Przekręciła się na brzuch, dźwignęła ciężar ciała na dłoniach wspartych o chłodną trawę. Hebanowe włosy, rozwichrzone, opadły lekko na prawej połowie twarzy. Wyglądała jak dzika tygrysica oczekująca swego tygrysa. Przeciągnęła się, dzięki czemu jej tułów opadł, a pierś oparła się o grunt, zaś biodra uniosły się niebezpiecznie ku górze. Ten gest uwydatnił jej pełne pośladki. Młody mężczyzna zbliżył się do niej wystarczająco, aby dotknąć pupy niewiasty. Ku jego niezadowoleniu zdążyła opaść na ziemię i przekręcić się odrobinę dalej. Spojrzała nań kocim wzrokiem. Usiadła ze stopami podwiniętymi pod pośladki. Oczekiwała.
Mężczyzna opadł na ziemię, po czym przysunął się do niej najłagodniej jak umiał, aby nie spłoszyć swej zwierzyny. Spojrzał na nią aksamitnymi oczyma antylopy. Wyciągnął się, a zębami zahaczył o płatek ucha ofiary. Drgnęła niespokojnie robiąc minę godną męczennicy.Uczuła jak dłonie kochanka łapią ją w pasie jak najdelikatniejszą wić. Mimo wszystko gest ów był dość silny, aby opadła ona bezwiednie na ziemi pod nim.
Ustami obadał każdy milimetr jej twarzy, by ostatecznie wpić się w słodkie usteczka najdroższej.
Dłońmi zarysował kształty ciała młodej kobiety okryte pod materiałem. Kąciki ust drgnęły mu w niepohamowanej chwili tryumfu. Dziewczyna zaś pozostała ze swym namiętnym spojrzeniem ubóstwiając mimikę twarzy łowcy.
Co było dalej... To zakryły krzewy róż, które posadzono akurat w tym miejscu. Rosły obficie, dlatego nie dojrzał tego nikt. Chyba, że sobie wyobrazisz, drogi widzu, jak łagodna tygrysica wpadła w łapy kochanka pośród chłodu ogrodowego cienia.
Dziewczyna swoje kroki kierowała w stronę cienia na obszernym ogrodzie przyłączonym zaraz do hotelu. Zgrabnie przysiadła na trawie. Czerwień jej zwiewnej, krótkiej sukienki opadła dookoła. Odchyliła lekko głowę w tył. Szukała wzrokiem kochanka. Kusząco, choć stanowczo, drgnęła dłonią przywołując go do swego boku. Oczy w kolorze jaspisu agatowego drgnęły delikatnie. Zmrużyła powieki. Czekała.
Młodzieniec oblizał usta zachęcony drobnymi gestami. W jego oczach widać było pożądanie. Chęć szybkiego złapania młodej kobiety w swe ramiona. Wpicia się w jej wydatne usta. Obadania każdego skrawka mlecznej skóry. Ucałowania porcelanowych policzków.
Ruszył. Wolnym krokiem. Z góry przyglądał się opadającej na trawę dziewczynie. Uniosła lekko nogi, poruszyła nimi zgrabnie wyginając przy tym stopy w łagodny łuk. Opuściła je. Zachęcała chłopaka dalej. Przekręciła się na brzuch, dźwignęła ciężar ciała na dłoniach wspartych o chłodną trawę. Hebanowe włosy, rozwichrzone, opadły lekko na prawej połowie twarzy. Wyglądała jak dzika tygrysica oczekująca swego tygrysa. Przeciągnęła się, dzięki czemu jej tułów opadł, a pierś oparła się o grunt, zaś biodra uniosły się niebezpiecznie ku górze. Ten gest uwydatnił jej pełne pośladki. Młody mężczyzna zbliżył się do niej wystarczająco, aby dotknąć pupy niewiasty. Ku jego niezadowoleniu zdążyła opaść na ziemię i przekręcić się odrobinę dalej. Spojrzała nań kocim wzrokiem. Usiadła ze stopami podwiniętymi pod pośladki. Oczekiwała.
Mężczyzna opadł na ziemię, po czym przysunął się do niej najłagodniej jak umiał, aby nie spłoszyć swej zwierzyny. Spojrzał na nią aksamitnymi oczyma antylopy. Wyciągnął się, a zębami zahaczył o płatek ucha ofiary. Drgnęła niespokojnie robiąc minę godną męczennicy.Uczuła jak dłonie kochanka łapią ją w pasie jak najdelikatniejszą wić. Mimo wszystko gest ów był dość silny, aby opadła ona bezwiednie na ziemi pod nim.
Ustami obadał każdy milimetr jej twarzy, by ostatecznie wpić się w słodkie usteczka najdroższej.
Dłońmi zarysował kształty ciała młodej kobiety okryte pod materiałem. Kąciki ust drgnęły mu w niepohamowanej chwili tryumfu. Dziewczyna zaś pozostała ze swym namiętnym spojrzeniem ubóstwiając mimikę twarzy łowcy.
Co było dalej... To zakryły krzewy róż, które posadzono akurat w tym miejscu. Rosły obficie, dlatego nie dojrzał tego nikt. Chyba, że sobie wyobrazisz, drogi widzu, jak łagodna tygrysica wpadła w łapy kochanka pośród chłodu ogrodowego cienia.
niedziela, 21 lipca 2013
Życie na nudę #2
Przez wiele dni chodziła za mną dopytując mnie jak to jest wyjść na dyskotekę, co można, a czego nie. Byłem troszkę rozbawiony, gdyż kumulowała informacje tak, jakby miała iść na bankiet, a nie na zwykłą imprezę. Uśmiechałem się tylko głupio i mówiłem, by ubrała się ładnie i zachowywała jak chce. Byleby nie zrobiła z siebie wariatki, ale u niej trudno było o coś tak śmiesznego.
Po tych paru dniach rozpoczęła etap proszenia mnie, abym z nią poszedł. Odmówiłem za pierwszym razem. Dzień, który sobie wybrała był dniem mojej pomocy rodzicom w ogrodzie. Lubiłem wychodzić, jednak pomoc rodzicom też dla mnie była ważną rzeczą. Robiła tylekroć smutne oczy, błagała i narzekała. Nie uległem. Obiecałem, że zawiozę ją i odbiorę.
Po tych paru dniach rozpoczęła etap proszenia mnie, abym z nią poszedł. Odmówiłem za pierwszym razem. Dzień, który sobie wybrała był dniem mojej pomocy rodzicom w ogrodzie. Lubiłem wychodzić, jednak pomoc rodzicom też dla mnie była ważną rzeczą. Robiła tylekroć smutne oczy, błagała i narzekała. Nie uległem. Obiecałem, że zawiozę ją i odbiorę.
1 czerwca 2005 rok
Niestety, ten głupek Tash musiał wybrać formę ogródkowania, ponieważ nie może pomóc, niedoświadczonej w takim typie życia, dziewczynie. Rozumiem - obowiązki. Ale ten jeden wieczór mógł mi podarować.
3 czerwca 2005 rok
Myślałam nad tym całym wyjście. Ostatecznie doszłam do wniosku, iż potraktuję to jako przygodę. Czemu nie? W końcu chciałam doświadczyć tego nowego. Tyle, ze doświadczę tego całkowicie samodzielnie. To będzie dobre. Tak myślę.
Porozmawiałam z rodzicami. Nie wyrazili dezaprobaty, a nawet stwierdzili, że to będzie dobre doświadczenie dla osiemnastolatki.
6 czerwca 2005 rok
Wczoraj byłam na dyskotece! Było cudownie. Chociaż.. na początku nie było wcale tak kolorowo. Oczywiście przed samym wyjściem pochwaliłam się Tash'owi co ubrałam. Nie mogłam się powstrzymać.
Od razu po szkole wbiegłam do domu, pochłonęłam łapczywie obiad i.. zabrałam się za kompletowanie stroju. Aczkolwiek ostatecznie ubrałam moją ulubioną sukienkę w kolorze soczystej trawy. Podobno pasuje mi do oczu. Są zielone z dodatkiem szarości i żółci. Wybrałam do tego czarne szpilki, jedyne jakie miałam. Nosiłam je zwykle od święta, na zakończenie i rozpoczęcie szkoły. Bardzo rzadko. Mimo wszystko umiałam na nich chodzić i dobrze, bo spaliłabym się ze wstydu, gdybym upadła tuż przed wejściem jak długa. Albo wpadłabym na pomysł, żeby iść do klubu w takiej ładnej sukience i wychodzonych trampkach. Nie zapomniałam o sweterku na powrót do domu.
Umalowałam się odpowiednio do sytuacji, choć nie zbytnio krzykliwie, gdyż nie miałam wprawy w takim dyskotekowym makijażu. Nawet spróbowałam i stwierdziłam, że wyszło mi to krzywo, śmiesznie i niedokładnie. Pies by się uśmiał.
Przebrałam się szybko, ubrałam szpilki. Złapałam sweterek i torebkę, po czym po dziewiętnastej wyleciałam z domu. Tash zadzwonił do mnie, że już czeka i mam się spieszyć.
W klubie było sporo ludzi. Muzyka, gwar. Ludzie tańczyli, pili. Często wychodzili na papierosy. A ja czułam się całkiem niekomfortowo. Czyżby tylko nudne życie pasowało do mnie? Sama nie wiem. Wiem jedynie, iż wpadłam na wielu ludzie. Za każdym razem przepraszałam, lecz nie umiałam rozpocząć żadnej produktywnej rozmowy, nawet śmiesznej rozmówki. Nikogo nie mogłam poznać. Czułam się tragicznie. Dlaczego tak zawsze musi być jak próbuję czegoś nowego? Nie mogłam nawet tańczyć, bo z własnego doświadczenia wiem, że szło mi to miernie. Może w gronie jakichś nowo poznanych ludzi roztańczyłabym się, jednak szło mi źle w tłumie w całkowitej samotności. Metoda uczucia zaginięcia i niewidoczności w grupce poznanych lub znanych osób była najlepsza.
Przez dwie godziny błądziłam jak głupia pomiędzy ludźmi. Byłam gotować nawet zadzwonić już po Tasha. Miałam dość, a do wyznaczonej północy pozostała jeszcze połowa czasu. Doskonale czuła, iż wielu ludzi mnie obserwuje. Pewnie myśleli, że jakiś nieudacznik przyszedł na dyskotekę i chce cokolwiek zrobić ale nie wychodzi. Wiem, że jedna para oglądała mnie przez bardzo długi czas, a gdy próbowałam zniknąć z ich pola widzenia oni również się przemieszczali. W jednej chwili dziewczyna tanecznym krokiem wpadła na mnie, po czym najzwyklej w świecie porwała mnie w taniec. Szło mi makabrycznie, jednak pozwoliłam jej prowadzić. Po piętnastu minutach zaciągnęła mnie siłą w kierunku chłopaka, który okazał się zdumiewająco podobny do niej.
- Ah, powinnam się przywitać. - wymamrotała do mnie szatynka. - Jestem Melo. A to jest Kawasaki. Jesteśmy z domu Haruki. - mówiąc to szczebiotała jak głupia, co mnie nieco irytowało, zdecydowanie wolałam gdy milczała. - Jesteśmy rodzeństwem, bliźniaki, o. - oczywiście nie mogła powinąć bardzo ważne faktu, ale przynajmniej wiedziałam skąd tak uderzające podobieństwo, którego tajemnicy sama domyśliłam się parę chwil wcześniej.
Szatynka ubrana była w obcisłą, krótką sukienkę o barwie świeżych maków. Nie popisała się butami na obcasie, gdyż bez nich była dość wysoka. Czułam się w prawdzie równa na ten moment, ale po ściągnięciu moich szpile byłabym maleńka. Jej brat, Kawasaki, ubrany był w zwykł garnitur z krawatem odpowiadającym kreacji siostry. Był on jeszcze wyższy. Emanowało od nich dziwne poczucie wolności i swobody, nikt im nic nie bronił.
Rozmawiałam z nimi przez trzy kwadranse, gdy odezwał się ów młody mężczyzna:
- Chciałabyś może drinka? - mruknął, po czym dodał: Ja stawiam.
Spojrzałam na niego powstrzymując się od totalnie głupiej miny. Nigdy nie piłam, a całkowicie obcy człowiek proponował mi napój alkoholowy od tak sobie. Zdziwiłam się, jednak odpowiedziałam "chętnie" siląc się na całkowite rozluźnienie, tak aby wyglądało to jak coś normalnego w moim życiu. Mam nadzieję, że to wyszło.
Potem nastąpiła dość długa rozmowa.
- Dlaczego tu przyszłaś? Wyglądasz na całkowicie niewinną, bezbronną.. taka malutka dziewczynka z dobrze ułożonej rodziny. - wybełkotała lekko spita Melo, miała najwyraźniej słabą głowę. Ja mojej wytrwałości jeszcze nie znałam, bo piłam dopiero drugiego drinka i na więcej raczej nie miałam chęci. - Moim zdaniem powinnaś teraz siedzieć w domu.. pisać taki sobie pamiętniczek albo oglądać serial w tv i zazdrościć ekranowym ludziom ich życia...
Zmarszczyłam lekko brwi, gdyż nigdy takich seriali nie tolerowałam i najgorsze z tego wszystkiego było to, iż z tym mnie właśnie kojarzyła imprezowiczka.
- Właśnie przyszłam tu po to, żeby zmienić swoje życie. - odburknęłam zezłoszczona.
Tak, potrafiłam być szorstka w kontaktach.
Szatyn uniósł leniwie oczy na mnie.
- Co masz na myśli, Lilinette?
Nie omieszkał użyć mego pełnego imienia, nawet do swojej siostry mówił jakoś inaczej, chociaż w tym całym gwarze brzmiało to całkowicie niezrozumiale, ale swoje imię dostatecznie dobrze mogłam wysłuchać.
- To, że potrzebuję zmian w życiu. Nienawidzę nudy, której przez tyle lat otrzymałam. Nienawidzę siedzenia w domu przed telewizorem. Nie oglądam dodatkowo seriali. Chcę mieć.. zabawniejsze życie. Potrzebuję czegoś nowego i ekscytującego.
Mówiłam tak szybko, jakbym strzelała z karabinu maszynowego. Nawet nie zdążyłam złapać oddechu pomiędzy zdaniami. Melo zdziwionym, spitym wzrokiem przyglądała się mi, gdy mówiłam w zaskakująco szybkim tempie. Nie wiem, czy cokolwiek zrozumiała. Mimo wszystko dziewczyna spojrzała wyczekującym wzrokiem na swojego brata. Musiałą unieść do tego głowę, przez co wyglądała na niższą niż stworzyła ją natura. Kawasaki również spojrzał na siostrę, po czym odetchnął.
- Proponuję ci.. trochę zmian w życiu. Mogę sprawić, że Twoje życie będzie ciekawsze. Co o tym myślisz?
Ten wieczór był niezapomniany. Potem przyjechał po mnie Tash. Opowiedziałam mu o tym, iż poznałam dwójkę dość sympatycznych ludzi,z którymi umówiłam się na imprezę na przyszły tydzień. Melo zaprosiła mnie również w tygodniu, chociaż nie podała mi adresu, ale wymieniłyśmy się numerami. Miała do mnie zadzwonić.
Mój przyjaciel jest ze mnie dumny. I teraz nie tylko on umie wyjść do jakiegoś klubu!
Przez dwie godziny błądziłam jak głupia pomiędzy ludźmi. Byłam gotować nawet zadzwonić już po Tasha. Miałam dość, a do wyznaczonej północy pozostała jeszcze połowa czasu. Doskonale czuła, iż wielu ludzi mnie obserwuje. Pewnie myśleli, że jakiś nieudacznik przyszedł na dyskotekę i chce cokolwiek zrobić ale nie wychodzi. Wiem, że jedna para oglądała mnie przez bardzo długi czas, a gdy próbowałam zniknąć z ich pola widzenia oni również się przemieszczali. W jednej chwili dziewczyna tanecznym krokiem wpadła na mnie, po czym najzwyklej w świecie porwała mnie w taniec. Szło mi makabrycznie, jednak pozwoliłam jej prowadzić. Po piętnastu minutach zaciągnęła mnie siłą w kierunku chłopaka, który okazał się zdumiewająco podobny do niej.
- Ah, powinnam się przywitać. - wymamrotała do mnie szatynka. - Jestem Melo. A to jest Kawasaki. Jesteśmy z domu Haruki. - mówiąc to szczebiotała jak głupia, co mnie nieco irytowało, zdecydowanie wolałam gdy milczała. - Jesteśmy rodzeństwem, bliźniaki, o. - oczywiście nie mogła powinąć bardzo ważne faktu, ale przynajmniej wiedziałam skąd tak uderzające podobieństwo, którego tajemnicy sama domyśliłam się parę chwil wcześniej.
Szatynka ubrana była w obcisłą, krótką sukienkę o barwie świeżych maków. Nie popisała się butami na obcasie, gdyż bez nich była dość wysoka. Czułam się w prawdzie równa na ten moment, ale po ściągnięciu moich szpile byłabym maleńka. Jej brat, Kawasaki, ubrany był w zwykł garnitur z krawatem odpowiadającym kreacji siostry. Był on jeszcze wyższy. Emanowało od nich dziwne poczucie wolności i swobody, nikt im nic nie bronił.
Rozmawiałam z nimi przez trzy kwadranse, gdy odezwał się ów młody mężczyzna:
- Chciałabyś może drinka? - mruknął, po czym dodał: Ja stawiam.
Spojrzałam na niego powstrzymując się od totalnie głupiej miny. Nigdy nie piłam, a całkowicie obcy człowiek proponował mi napój alkoholowy od tak sobie. Zdziwiłam się, jednak odpowiedziałam "chętnie" siląc się na całkowite rozluźnienie, tak aby wyglądało to jak coś normalnego w moim życiu. Mam nadzieję, że to wyszło.
Potem nastąpiła dość długa rozmowa.
- Dlaczego tu przyszłaś? Wyglądasz na całkowicie niewinną, bezbronną.. taka malutka dziewczynka z dobrze ułożonej rodziny. - wybełkotała lekko spita Melo, miała najwyraźniej słabą głowę. Ja mojej wytrwałości jeszcze nie znałam, bo piłam dopiero drugiego drinka i na więcej raczej nie miałam chęci. - Moim zdaniem powinnaś teraz siedzieć w domu.. pisać taki sobie pamiętniczek albo oglądać serial w tv i zazdrościć ekranowym ludziom ich życia...
Zmarszczyłam lekko brwi, gdyż nigdy takich seriali nie tolerowałam i najgorsze z tego wszystkiego było to, iż z tym mnie właśnie kojarzyła imprezowiczka.
- Właśnie przyszłam tu po to, żeby zmienić swoje życie. - odburknęłam zezłoszczona.
Tak, potrafiłam być szorstka w kontaktach.
Szatyn uniósł leniwie oczy na mnie.
- Co masz na myśli, Lilinette?
Nie omieszkał użyć mego pełnego imienia, nawet do swojej siostry mówił jakoś inaczej, chociaż w tym całym gwarze brzmiało to całkowicie niezrozumiale, ale swoje imię dostatecznie dobrze mogłam wysłuchać.
- To, że potrzebuję zmian w życiu. Nienawidzę nudy, której przez tyle lat otrzymałam. Nienawidzę siedzenia w domu przed telewizorem. Nie oglądam dodatkowo seriali. Chcę mieć.. zabawniejsze życie. Potrzebuję czegoś nowego i ekscytującego.
Mówiłam tak szybko, jakbym strzelała z karabinu maszynowego. Nawet nie zdążyłam złapać oddechu pomiędzy zdaniami. Melo zdziwionym, spitym wzrokiem przyglądała się mi, gdy mówiłam w zaskakująco szybkim tempie. Nie wiem, czy cokolwiek zrozumiała. Mimo wszystko dziewczyna spojrzała wyczekującym wzrokiem na swojego brata. Musiałą unieść do tego głowę, przez co wyglądała na niższą niż stworzyła ją natura. Kawasaki również spojrzał na siostrę, po czym odetchnął.
- Proponuję ci.. trochę zmian w życiu. Mogę sprawić, że Twoje życie będzie ciekawsze. Co o tym myślisz?
Ten wieczór był niezapomniany. Potem przyjechał po mnie Tash. Opowiedziałam mu o tym, iż poznałam dwójkę dość sympatycznych ludzi,z którymi umówiłam się na imprezę na przyszły tydzień. Melo zaprosiła mnie również w tygodniu, chociaż nie podała mi adresu, ale wymieniłyśmy się numerami. Miała do mnie zadzwonić.
Mój przyjaciel jest ze mnie dumny. I teraz nie tylko on umie wyjść do jakiegoś klubu!
środa, 17 lipca 2013
Życie na nudę #1
15 maj 2005 rok
Dziś skończyłam osiemnaście lat. Normalny człowiek cieszyłby się z takiej okazji, ale.. jest na zegarze 23:30. Siedzę trzeźwa. Całe życie nie wypiłam nawet kropli alkoholu. I nie mam wielu przyjaciół ani znajomych, którzy chcieliby hucznie obejść ze mną tą specjalną urodzinową datę. Rodzice już śpią. Tash poszedł do domu około 22, ponieważ piętnaście po miał jechać ostatni autobus. Normalnie zostałby na noc, jednak jutro zdaje na prawo jazdy, dlatego uściskałam go, życzyłam powodzenia i pożegnałam. Ma jutro powiedzieć mi jak poszło, czy zdał.
Dzisiejszy dzień był bardzo nudny, jak wiele tych za mną. Jednakże postanowiłam zmienić wiele przyszłych dni, dlatego wzięłam ten zeszyt i zaczęłam pisać pierwsze słowa. Chcę pokazać światu, że z nudnego życia można stworzyć coś naprawdę intrygującego!
Mimo wszystko mogę zacząć od nudnego opisu mojej super, extra nieciekawej 18-nastki.
Wstałam jak zawsze w dni szkolne o 6:30. Zjadłam śniadanie, zajęłam się poranną toaletą, wybrałam ubranie. Ściągnęłam warstwę nocnych łaszków, naciągnęłam dzienne. Ułożyłam.. nie. Tylko rozczesałam włosy. Dopiłam stygnącą od 30 minut herbatę i umyłam zęby. Nienawidzę mieć brudnego uzębienia, to takie frustrujące wyjść w takim stanie.
Wracając do mojej z deka nudnawej opowieści.
Spakowałam książki, wybiegłam z domu nie żegnając się nawet z rodzicami, gdyż byli już w pracy. Mieli być w domu około 15. Wleciałam do autobusu jak z procy wystrzelona, prawie mi uciekł. I takim oto sposobem przeżyłam wiele lekcji w szkolnych ścianach.
Najbardziej nużyła mnie chemia, bo zawsze kobieta unosi wzrok i mówi do sufitu, a nie do nas. Wtedy rysuję po okładce albo wyciągam jakąś czystą kartkę. Belferka nawet nie przejmuje się tym, że większość klasy robi coś innego i nie zapisuje nawet tematu. A reszta lekcji była taka jak zwykle.
Do domu wróciłam chwilę przed 15. Nie było ostatniej lekcji. Miałam parę minut dla siebie w ciszy i spokoju, potem przyszli rodzice. I Tash o 16. Zjedliśmy obiad a'la rodzinny, pośmialiśmy się i w ogóle. Następnie mama przyniosła mój ulubiony tort truskawkowy. Zapaliła świeczki. Zaśpiewali mi "sto lat", byłam troszkę skrępowana jak zawsze. Każdy złożył mi życzenia i wycałował policzki. Pożywiliśmy się. Nie narzekałam za wszechobecną nudę, gdyż moi rodzice byli wrażliwi na tym punkcie, nie chciałam, aby doszła awantura o byle co.
W końcu nadeszła pora prezentów. Liczyłam na coś ekstrawaganckiego, ale się przeliczyłam. Od rodziców dostałam parę kolczyków ze srebra w kształcie liści lipy. Zaś od Tasha łańcuszek ze srebrną kulką przeszywaną zielonymi drobinkami. Podziękowałam. Uścisnęłam wszystkich.
Wieczorem, gdy siedziałam z przyjacielem w moim pokoju w końcu postanowiłam powiedzieć mu co mnie trapi.
- Tash, wiesz co.. - zaczęłam cicho, chłopak skierował swój wzrok na mnie. -.. zawsze chciałam prowadzić zabawniejsze życie.
- W jakim sensie?
- No, potrzebuję jakichś widocznych zmian w życiu. Popatrz.. skończyłam dziś osiemnaście lat. A co robię? Spędzam te urodziny z rodzicami i tobą. Nie narzekam, że Ty tu jesteś, bo to dobrze, mam z kim pomówić o tym co mnie trapi. Jednak..
Przerwałam na parę sekund, aby złapać oddech i skumulować wszelkie myśli.
-.. doszłam do wniosku, że każdy rok, dzień mojego życia był przesiąknięty do szpiku nudą. Chcę robić wiele ciekawych rzeczy. Poznawać ludzi i zacząć czerpać z życia.
Tash pokiwał wtedy wolno głową, po czym uśmiechnął się w ten najprostszy u niego sposób. Wcale nie zdziwił się moimi słowami, ale to dobrze. Przynajmniej może mi cokolwiek doradzić.
- Proponuję na pierwszy ogień jakiś klub. Wiesz.. tanie, dużo ludzi. Może poznasz kogoś ciekawego
Patrzałam na niego długi czas. Nie wiedziałam, czy przystać na ten pomysł.
niedziela, 14 lipca 2013
Życie na nudę #0
Herman Hesse
.. lecz niestety, Ty, droga Lilinette, wybrałaś drogę po cieniu świata.
Nie piszę tego, aby ją ośmieszyć, wyszydzić, czy zbłaźnić jej życie. Opowiadam jedynie o losach mojej kochanej przyjaciółki z dzieciństwa. Znaliśmy się prawie całe życie. Od czasu piaskownicy, aż po szkołę średnią. Byliśmy blisko, choć nie byliśmy razem. Kochaliśmy się jak brat i siostra mogą najbardziej. Sprzeczaliśmy, obrażaliśmy, jak również wspieraliśmy. Gdy się nie widzieliśmy pisaliśmy sms'y albo chatowaliśmy. W trakcie choroby jedno drugiemu przynosiło coś na osłodzę, a także, by dotrzymać towarzystwa. Uwielbiałem te chwile. Były takie sielskie. Pozbawione wszelkiego zła świata.
Te czasy trwały z piętnaście lat. Potem nadeszły jej osiemnaste urodziny. I tak minął straszny rok, który zwieńczył się złym zakończeniem historii.
Chcę w tej historii pokazać, iż nie każda rzecz pasuje do słowa "zabawa" i "barwniejsze życie". Jest to moja osobista przestroga, dzięki tym wydarzeniom będę mieć uraz do końca moich dni.
Opowiadam tu o losach dziewczyny imieniem Lilinette Scott. Jest to w prawdzie jeden rok z jej życia, rozpoczęty w dniu jej osiemnastych urodzin, aczkolwiek opisuje więcej niż całe życie przeciętnego człowieka. Mówi o wiele więcej i ostrzega do czego może doprowadzić nie rozumienie zabawy. Tę historię mogę opowiadać poprzez własne doświadczenia, lecz brałem w nich udział jedynie na samym początku i szarym końcu. Dowiaduję się wiele z pamiętnika Lili, który otrzymałem od jej rodziców, zawarła w nim wiele rzeczy, o których nie wiedziała nawet jej dobra znajoma Miriam od czasu "zmian".
Nie chcę, aby kogokolwiek spotkała taka przygoda.
Tash Helix
* Historia jest jak najbardziej nieprawdziwa. Poruszam w niej jedynie moje własne odczucia dotyczące tytułowej zabawy życiem. Wszystkie opisy, imiona, nazwiska i miejsca są wymyślone.
piątek, 12 lipca 2013
Świat Istoty Płaskiej, cz. 2
Minęła w biegu kilka niepozornych uliczek. W biegu mruknęła do jednego sklepikarza "dzień dobry" w odpowiedzi na jego powitanie. Jako, że droga nie była zbyt krótka wbiegła do małego sklepiku, gdzie kupiła sobie pączka. I bilety na autobus. W końcu bieg do parku nie był wcale dobrym pomysłem. Nie zdążyłaby na 15 choćby nie wiedziała co. Spojrzała na zegar przymocowany wysoko do słupa. Wskazywał czternastą minut trzydzieści pięć.
Autobus linii B nadjechał. Wsiadła do środka, skasowała bilet, po czym zajęła wolne miejsce przy oknie. Na szczęście nie świeciło za mocno, więc widziała wszystko za oknem. Ze znudzenia wyciągnęła z kieszeni spodni mp4. Chwilę zajęło jej rozplątanie słuchawek, które włożyła do uszu i zaczęła słuchać ulubionej piosenki. Ulubionej na ten moment. Ostatnio bez przerwy w głowie siedziała jej i nie mogła się oprzeć ponownemu odtworzeniu. Do rytmu stukała nogą. Czasami coś pomrukiwała. Prawdopodobnie próbowała coś zaśpiewać, jednak jej znajomość tekstu była słaba, dzięki czemu co jakiś czas tylko kilka najbardziej powtarzanych słów wypadało z jej ust.
W autobusie było niewielu ludzi. Jeden pijak, od którego nie pachniało za bardzo, przez co miał aż cztery miejsca na swój własny użytek. Trochę dalej siedziała blondynka ubrana w elegancki kostium w kolorze ciepłego brązu. Najwidoczniej jechała do pracy. Co rusz poprawiała blond grzywkę, czym denerwowała Teresę, chociaż sama miała ten sam gest wręcz wbity w rękę i robiła tak notorycznie. Bardziej z tyłu autobusu mogła dojrzeć dwie dziewczynki w wieku trzynastu lat, tak na oko. Obydwie wypiększone jak rodzice dali pieniędzy. Modne ubrania złożone z leginsów ze wzorem Ameryki, które miały obydwie. Na szczęście każda miała inną bluzkę. Brunetka nałożyła białą, zwiewną bluzeczkę, która odsłaniała czerwone ramiączko od stanika. W dłoni trzymała skórzaną kurtkę. Druga dziewczyna, szatynka, siedziała w zwykłym czarnym topie, na który narzuconą miała kurtkę ze sztucznej skóry w kolorze czerwonym. Nie mogło zabraknąć modnych butów, których nazw Teresa wcale nie była świadoma. Młode, piękne, niebezpieczne. Kącik ust głównej bohaterki wykrzywił się w grymaśnym uśmieszku.
Jechała tak z dobre dwadzieścia minut. Po tym czasie wyleciała wręcz ze środka transportu publicznego i ruszyła w długą. Ah, pięć minut! To mało czasu. Ale musiało jej starczyć na podbiegnięcie do Zieleniaka. Tak nazywali park. W końcu było tak wiele zielonych drzew i krzewów. Krzewy często były kwietne, dlatego miło było wychodzić tam na spacer. Szczególnie gdy nie miało się co robić. Oczywiście w parku była soczyście zielona trawa, o którą dbał pan Antoni, miejski ogrodnik. Nigdy nie zapominał o obsadzaniu klombów pięknymi kwiatami w tysiącach barw. Wielu ludzi ceniło ogrodnika za jego pomysłowość i brak schematu, więc ogród wyglądał jak najbardziej przyjemnie. Aczkolwiek znaleźli się też ludzie, którzy narzekali na brak zwykłych chodników zrobionych z kafelek. Niektórzy musieli iść tamtędy z rana do pracy, a ich wypastowane buty kurzyły się na piaszczystych dróżkach. Mimo wszystko pan Antoni nie pozwalał zmieniać ukształtowania ścieżek. I dobrze.
Z zaciśniętymi ustami i dłońmi próbującymi w biegu schować odtwarzacz muzyki do kieszeni prosiła o to, aby się nie spóźnić. Nienawidziła spóźniania, choć często sama ledwo wyrabiała na miejsce. Nie chciała nikomu sprawiać zwłoki. Przy parku zwolniła. Na kolejnym zegarze również przymocowanemu do wysokiego słupa widniała godzina za dwie piętnasta. Poprawiła niezgranym ruchem dłoni włosy. Była ciekawa kto wzywał ją na spotkanie. Wzięła głęboki oddech, acz domyślała się kto to mógł być. Rozejrzała się po całej powierzchni.
- Że też ten park musi byś taki wielki.. - mruknęła idąc przed siebie.
Po chwili dojrzała znajomą postać ubraną w bojówki w kolorze khaki i kurtkę moro. Dłonie miał schowane głęboko w kieszeniach. Szurał jednym butem w piasku. Kiedy Teresa zbliżyła się bardziej zauważyła, że jest bardzo skupiony. Zbliżyła się do niego jeszcze bardziej, tak że stała obok.
- Cześć, Leon.
Spojrzał na nią kątem oka, skinął głową na powitanie.
- To Ty chciałeś się ze mną spotkać? - spytała cicho próbując dojrzeć to na co patrzył.
- Tak. - mruknął cicho.
Zachowywał się jak nie ten człowiek, co kiedyś. Co jeszcze parę dni temu. Nie rozumiała tylko dlaczego. Po prostu stał. Przytłumiony i widocznie zagubiony, choć dorosły.
- Czy.. - zawahała się momentalnie, jednak dokończyła pytanie. - .. coś się stało?
Dopiero po dłuższej chwili obrócił się w jej stronę. Miał bardzo poważny wzrok. Szukał czegoś w jej młodych jeszcze oczach. Zastanawiała się, czemu widzi taką pustkę w jego oczach. Pustka ta przeplatała się z bezsilną rozpaczą.
- Ja.. - wybełkotała pod nosem.
Opuścił wzrok. Teresa podniosła dłoń, aby unieść jego podbródek. Był wyższy o głowę, jednak to nie przeszkodziło jej w tym geście. Chciała się dowiedzieć. Teraz. Nie chciała, aby ktoś tak ważny był smutny.
- Muszę wyjechać. - powiedział w końcu bezbarwnym głosem.
- Na jak długo? - spytała ledwo dosłyszalnie. Świat za nimi zniknął. Patrzała tylko na Leona, który utkwił w tym miejscu tu z nią. Jego oczy mówiły wszystko. - Czemu..?
Jej głos załamał się lekko. Nigdy, albo bardzo długo, nie czuła takiej rozkładającej się po ciele pustki. Nie chciała wierzyć w to, że straci go już na zawsze.
- Nie mogę powiedzieć. - westchnął przeciągle.
Nie pragnęła w życiu usłyszeć takich słów. Chciała prawdy, tylko to się liczyło. Jednak on ją zbył. Albo chciał ukryć swoją prawdę. Oczy Teresy zaszły łzami, które mężczyzna otarł opuszkami palców.
- Nie płacz. - powiedział.
- Ale..
- Cii..
Przyciągnął ją do siebie najmocniej jak mógł. Chciała, by ta chwila trwała już wiecznie. Utrata tego człowieka była dla niej tragedią. Oparła ciężką głowę na jego torsie. Nie przeszkadzał jej nawet zamek od kieszeni, który boleśnie wbijał się w jej policzek.
- Żegnaj. - szepnął jej na ucho, po czym zabrał jej ostatni pocałunek.
Poczuła jak wypuszcza ją z objęć. Nie. Nie mógł w taki sposób odejść. Oczy dziewczyny rozszerzyły się. Łzy leciały z oczu jak płynąca rzeka.
- Le...on.. - wyszeptała patrząc za odchodzącą postacią.
Uniósł tylko dłoń do góry nie odwracając się w jej kierunku. Jego postać zamazywała się za zamglonymi oczami. Osunęła się bezgłośnie na ziemię. Nikt nie zauważył jak wbija sobie paznokcie w materiał płaszcza. Zrobił to w taki bolesny sposób. Odszedł. Jak cicho się pojawił w taki sam sposób odszedł. W końcu w tym właśnie parku się poznali. Przez przypadek. I w tym samym parku poszedł. Nie wiedziała, czy ma go nienawidzić. Nic nie wiedziała. Zagryzła dolną wargę.
Zebrała się w sobie. Wstała, po czym chwiejnym krokiem ruszyła w kierunku autobusu. Potrzebowała teraz tylko łóżka i samotności.
Autobus linii B nadjechał. Wsiadła do środka, skasowała bilet, po czym zajęła wolne miejsce przy oknie. Na szczęście nie świeciło za mocno, więc widziała wszystko za oknem. Ze znudzenia wyciągnęła z kieszeni spodni mp4. Chwilę zajęło jej rozplątanie słuchawek, które włożyła do uszu i zaczęła słuchać ulubionej piosenki. Ulubionej na ten moment. Ostatnio bez przerwy w głowie siedziała jej i nie mogła się oprzeć ponownemu odtworzeniu. Do rytmu stukała nogą. Czasami coś pomrukiwała. Prawdopodobnie próbowała coś zaśpiewać, jednak jej znajomość tekstu była słaba, dzięki czemu co jakiś czas tylko kilka najbardziej powtarzanych słów wypadało z jej ust.
W autobusie było niewielu ludzi. Jeden pijak, od którego nie pachniało za bardzo, przez co miał aż cztery miejsca na swój własny użytek. Trochę dalej siedziała blondynka ubrana w elegancki kostium w kolorze ciepłego brązu. Najwidoczniej jechała do pracy. Co rusz poprawiała blond grzywkę, czym denerwowała Teresę, chociaż sama miała ten sam gest wręcz wbity w rękę i robiła tak notorycznie. Bardziej z tyłu autobusu mogła dojrzeć dwie dziewczynki w wieku trzynastu lat, tak na oko. Obydwie wypiększone jak rodzice dali pieniędzy. Modne ubrania złożone z leginsów ze wzorem Ameryki, które miały obydwie. Na szczęście każda miała inną bluzkę. Brunetka nałożyła białą, zwiewną bluzeczkę, która odsłaniała czerwone ramiączko od stanika. W dłoni trzymała skórzaną kurtkę. Druga dziewczyna, szatynka, siedziała w zwykłym czarnym topie, na który narzuconą miała kurtkę ze sztucznej skóry w kolorze czerwonym. Nie mogło zabraknąć modnych butów, których nazw Teresa wcale nie była świadoma. Młode, piękne, niebezpieczne. Kącik ust głównej bohaterki wykrzywił się w grymaśnym uśmieszku.
Jechała tak z dobre dwadzieścia minut. Po tym czasie wyleciała wręcz ze środka transportu publicznego i ruszyła w długą. Ah, pięć minut! To mało czasu. Ale musiało jej starczyć na podbiegnięcie do Zieleniaka. Tak nazywali park. W końcu było tak wiele zielonych drzew i krzewów. Krzewy często były kwietne, dlatego miło było wychodzić tam na spacer. Szczególnie gdy nie miało się co robić. Oczywiście w parku była soczyście zielona trawa, o którą dbał pan Antoni, miejski ogrodnik. Nigdy nie zapominał o obsadzaniu klombów pięknymi kwiatami w tysiącach barw. Wielu ludzi ceniło ogrodnika za jego pomysłowość i brak schematu, więc ogród wyglądał jak najbardziej przyjemnie. Aczkolwiek znaleźli się też ludzie, którzy narzekali na brak zwykłych chodników zrobionych z kafelek. Niektórzy musieli iść tamtędy z rana do pracy, a ich wypastowane buty kurzyły się na piaszczystych dróżkach. Mimo wszystko pan Antoni nie pozwalał zmieniać ukształtowania ścieżek. I dobrze.
Z zaciśniętymi ustami i dłońmi próbującymi w biegu schować odtwarzacz muzyki do kieszeni prosiła o to, aby się nie spóźnić. Nienawidziła spóźniania, choć często sama ledwo wyrabiała na miejsce. Nie chciała nikomu sprawiać zwłoki. Przy parku zwolniła. Na kolejnym zegarze również przymocowanemu do wysokiego słupa widniała godzina za dwie piętnasta. Poprawiła niezgranym ruchem dłoni włosy. Była ciekawa kto wzywał ją na spotkanie. Wzięła głęboki oddech, acz domyślała się kto to mógł być. Rozejrzała się po całej powierzchni.
- Że też ten park musi byś taki wielki.. - mruknęła idąc przed siebie.
Po chwili dojrzała znajomą postać ubraną w bojówki w kolorze khaki i kurtkę moro. Dłonie miał schowane głęboko w kieszeniach. Szurał jednym butem w piasku. Kiedy Teresa zbliżyła się bardziej zauważyła, że jest bardzo skupiony. Zbliżyła się do niego jeszcze bardziej, tak że stała obok.
- Cześć, Leon.
Spojrzał na nią kątem oka, skinął głową na powitanie.
- To Ty chciałeś się ze mną spotkać? - spytała cicho próbując dojrzeć to na co patrzył.
- Tak. - mruknął cicho.
Zachowywał się jak nie ten człowiek, co kiedyś. Co jeszcze parę dni temu. Nie rozumiała tylko dlaczego. Po prostu stał. Przytłumiony i widocznie zagubiony, choć dorosły.
- Czy.. - zawahała się momentalnie, jednak dokończyła pytanie. - .. coś się stało?
Dopiero po dłuższej chwili obrócił się w jej stronę. Miał bardzo poważny wzrok. Szukał czegoś w jej młodych jeszcze oczach. Zastanawiała się, czemu widzi taką pustkę w jego oczach. Pustka ta przeplatała się z bezsilną rozpaczą.
- Ja.. - wybełkotała pod nosem.
Opuścił wzrok. Teresa podniosła dłoń, aby unieść jego podbródek. Był wyższy o głowę, jednak to nie przeszkodziło jej w tym geście. Chciała się dowiedzieć. Teraz. Nie chciała, aby ktoś tak ważny był smutny.
- Muszę wyjechać. - powiedział w końcu bezbarwnym głosem.
- Na jak długo? - spytała ledwo dosłyszalnie. Świat za nimi zniknął. Patrzała tylko na Leona, który utkwił w tym miejscu tu z nią. Jego oczy mówiły wszystko. - Czemu..?
Jej głos załamał się lekko. Nigdy, albo bardzo długo, nie czuła takiej rozkładającej się po ciele pustki. Nie chciała wierzyć w to, że straci go już na zawsze.
- Nie mogę powiedzieć. - westchnął przeciągle.
Nie pragnęła w życiu usłyszeć takich słów. Chciała prawdy, tylko to się liczyło. Jednak on ją zbył. Albo chciał ukryć swoją prawdę. Oczy Teresy zaszły łzami, które mężczyzna otarł opuszkami palców.
- Nie płacz. - powiedział.
- Ale..
- Cii..
Przyciągnął ją do siebie najmocniej jak mógł. Chciała, by ta chwila trwała już wiecznie. Utrata tego człowieka była dla niej tragedią. Oparła ciężką głowę na jego torsie. Nie przeszkadzał jej nawet zamek od kieszeni, który boleśnie wbijał się w jej policzek.
- Żegnaj. - szepnął jej na ucho, po czym zabrał jej ostatni pocałunek.
Poczuła jak wypuszcza ją z objęć. Nie. Nie mógł w taki sposób odejść. Oczy dziewczyny rozszerzyły się. Łzy leciały z oczu jak płynąca rzeka.
- Le...on.. - wyszeptała patrząc za odchodzącą postacią.
Uniósł tylko dłoń do góry nie odwracając się w jej kierunku. Jego postać zamazywała się za zamglonymi oczami. Osunęła się bezgłośnie na ziemię. Nikt nie zauważył jak wbija sobie paznokcie w materiał płaszcza. Zrobił to w taki bolesny sposób. Odszedł. Jak cicho się pojawił w taki sam sposób odszedł. W końcu w tym właśnie parku się poznali. Przez przypadek. I w tym samym parku poszedł. Nie wiedziała, czy ma go nienawidzić. Nic nie wiedziała. Zagryzła dolną wargę.
Zebrała się w sobie. Wstała, po czym chwiejnym krokiem ruszyła w kierunku autobusu. Potrzebowała teraz tylko łóżka i samotności.
wtorek, 9 lipca 2013
Gniew.
Rozrywający powietrze krzyk rozległ się po całej sali. Krzyczała ile sił w płucach. Jakby diabeł ją poganiał. Chociaż nikt nie wiedział, czemu używa tak niekwestionowanego sposobu wyrażania swoich uczuć.
Dziewczyna czuła się rozerwana. Nie wiedziała czego już chce. Czy robi dobrze? A może źle? Dlaczego, dlaczego, dlaczego... wiele pytań i zero odpowiedzi. Krzyczała dalej dając upust swoim uczuciom. Były tak zagmatwane. Popaprane. Gdyby pojawił się jakiś jej przyjaciel nie potrafiłaby zaprzestać temu bezsensownemu działaniu. Może nawet odwróciłaby się od niego. I wyła, krzyczała dalej. Paznokcie wbiła w swoje własne ramiona krzyżując je uprzednio na klatce piersiowej.
Poleciały pierwsze krople krwi. Nie czułą bólu. Tylko rozsadzający wewnętrznie gniew, który za długo trzymała w sobie. Powoli łzy ciekł po jej policzkach. Głos stawał się coraz bardziej zachrypły. Nieludzki. Jednak ciągle tak samo głośny. Łapała tylko co jakiś czas oddech. I krzyczała.. krzyczała.
Dopiero, gdy głos odmówił jej posłuszeństwa zamknęła usta. Spojrzała po pustym pokoju. Rzuciła się. Na ścianę z ogromnym impetem. Zrobiła to tak, jakby życie nie miało żadnego znaczenia. Koniec tłumienia siebie. Uczuć. Chciała tylko rozerwać siebie na strzępy tak jak zrobiły to kumulowane emocje od lat.
Upadła.
Nie miała nawet ochoty wstać. Łzy płynęły ciurkiem.Włosy zasłoniły jej twarz. Dłonie poczęły niespokojnie bić w podłogę. Chciała zginąć. Tak bez powodu. Czuła się wariatką. Tylko nie wiedziała czemu. Ale nie była zdolna do samo-egzekucji. Leżała. Łkała. Samotna jak ostatni kwiat z zagrożonego gatunku.
Dziewczyna czuła się rozerwana. Nie wiedziała czego już chce. Czy robi dobrze? A może źle? Dlaczego, dlaczego, dlaczego... wiele pytań i zero odpowiedzi. Krzyczała dalej dając upust swoim uczuciom. Były tak zagmatwane. Popaprane. Gdyby pojawił się jakiś jej przyjaciel nie potrafiłaby zaprzestać temu bezsensownemu działaniu. Może nawet odwróciłaby się od niego. I wyła, krzyczała dalej. Paznokcie wbiła w swoje własne ramiona krzyżując je uprzednio na klatce piersiowej.
Poleciały pierwsze krople krwi. Nie czułą bólu. Tylko rozsadzający wewnętrznie gniew, który za długo trzymała w sobie. Powoli łzy ciekł po jej policzkach. Głos stawał się coraz bardziej zachrypły. Nieludzki. Jednak ciągle tak samo głośny. Łapała tylko co jakiś czas oddech. I krzyczała.. krzyczała.
Dopiero, gdy głos odmówił jej posłuszeństwa zamknęła usta. Spojrzała po pustym pokoju. Rzuciła się. Na ścianę z ogromnym impetem. Zrobiła to tak, jakby życie nie miało żadnego znaczenia. Koniec tłumienia siebie. Uczuć. Chciała tylko rozerwać siebie na strzępy tak jak zrobiły to kumulowane emocje od lat.
Upadła.
Nie miała nawet ochoty wstać. Łzy płynęły ciurkiem.Włosy zasłoniły jej twarz. Dłonie poczęły niespokojnie bić w podłogę. Chciała zginąć. Tak bez powodu. Czuła się wariatką. Tylko nie wiedziała czemu. Ale nie była zdolna do samo-egzekucji. Leżała. Łkała. Samotna jak ostatni kwiat z zagrożonego gatunku.
niedziela, 7 lipca 2013
Robota #2
Wynurzyła się z już zimnej wody. Siedziała w wannie dobre półtorej godziny dolewając co jakiś czas gorącej wody. Otarła ciało bawełnianym ręcznikiem z delikatnym, kwiatowym wzorem. Następnie owinęła szczelnie ciało intensywnie czerwonym szlafrokiem sięgającym niewiele przed kolano. Ponownie wzięła ręcznik, aby wytrzeć mokre włosy. Tarła je szybkimi ruchami, aż mogła stwierdzić, iż żadna kropla wody z nich nie spłynie. Po tym rozczesała włosy szczotką kupioną za kilka złotych. Zamruczała odruchowo.
Wtarła krem w twarz, potem w dłonie. I balsam wtarła w bladą skórę.
Wyszła z łazienki pogrążonej w parze.
- Już? Myślałem, że posiedzisz jeszcze dłużej.
Dość przysadzisty mężczyzna uniósł wzrok na swoją podwładną. Pochłaniał każdy cal jej ciała z ogromną zachłannością. Aczkolwiek słowa wypadające z jego ust wcale nie były zachętą do dłuższej kąpieli.
- Planowałam. Jednak woda zrobiła się zimna. - odmruknęła złośliwie.
Nienawidziła tego faceta, jednak teraz oferował jej robotę. I łazienkę. Na razie miała za duży kawałek do domu. A wolała się oczyścić niż chodzić miastem wyglądając jak bezdomny.
- Eh..
Ciche westchnienie wydobyło się z ust mężczyzny.
Był on o głowę niższy od niej. Na głowie skrzyła się czarna czupryna, acz ślady srebrzystej siwizny powoli dawały się we znaki. Miał około czterdziestu lat. I okropną, wielką tuszę. Gdyby wypadało powiedziałaby mu, że wygląda jak wieloryb. Gruby brzuch, piwny. Dłonie z palcami przypominającymi serdelki. Komicznie małe stopy w porównaniu z grubym udem. I mięsista szyja trzymająca równie mięsistą głowę pokrytą rumieńcami spowodowanymi nadmiernym ciepłem w pomieszczeniu. Twarz zdobiła para brązowych oczu, orli nos oraz usta przypominające kreskę. Nie był okazem przystojności. Ale miał pieniądze. I oferował pracę, za którą hojnie wynagradzał.
- Nowa robota.
Uniosła brew czekając, aż grubas zacznie mówić. Jednak zamiast niego wystąpił dość przeciętnego wyglądu, wysoki mężczyzna. Na oko trzydzieści lat.
- Pan Snow oczekuje od pani bardzo cicho zrobionej sprawy. - wyraził się dość niejasno, jak idiota, który nigdy w życiu nie mówił. Zdanie było kompletnie nieskładne, ale wcale się tym nie przejął. - W tej kopercie.. - mówiąc to wysunął średnich rozmiarów kopertę zrobioną z brązowego papieru, wzięłam ją. - ... jest wszystko szczegółowo opisane. Ma pani zrobić wszystko co do słowa. Inaczej nie dostanie pani zapłaty.
Rudowłosa zamyśliła się na krótką chwilę. Chciała otworzyć kopertę, jednakże ów mężczyzna przeciętnej wagi powstrzymał ją ruchem dłoni.
- Jest to sprawa delikatna, o której wie tylko pan Snow oraz jego najbliższy podwładny. Niestety, ale musi pani.. pani..
- Mów dalej. - warknęła.
Nie miała zamiaru wyjawiać mu swojego imienia ani nazwiska. Skoro nie znał tych danych to miało tak zostać. Nie chciała mieć żadnych kłopotów z tym człowiekiem.
- Musi pani zachować bezwzględną dyskrecję. Nikt o tym nie może się dowiedzieć.
Skinęła powoli głową. Co za barany, nikt nigdy się nie dowiadywał o jej zleceniach. Jakby chciała z kimkolwiek się dzielić tymi informacjami.
Stukot jej obcasów rozległ się na mało zaludnionej uliczce. Skręciła w jeszcze mniejszą. Przed oczami miała podwórze. Dość wyjałowione. Niezaludnione kompletnie. Przed nim stał stary, obskurny blok, do którego mieszkańcy mogli wejść przez cztery osobne klatki schodowe. Ona skierowała się w stronę ostatniej, najbardziej schowanej za rogiem. Odtworzyła drzwi, po czym ruszyła na pierwsze piętro schodami. Weszła do mieszkania ponownie używając klucza.
- Dom.. - wymamrotała rzucając torbę od wejścia w kierunku kanapy.
Jej własny raj. Ubogi, ale z rzeczami najbardziej potrzebnymi i pożądanymi. Nikt nie miał dostępu do tego miejsca prócz niej. I niegdyś kilku kochanków.
- Ciekawe co to za fucha..
Zrzuciła obcasy. Zamknęła drzwi na dwa spusty.
Od razu skierowała swoje kroki w stronę torby rzuconej chwilę temu na kanapę. Wyciągnęła z niej ową brązową kopertę. Bez chwili namysłu rozerwała ją.
Spojrzała na jej zawartość. Usta otworzyły się jej w nieświadomym grymasie. Zamrugała kilkakrotnie powiekami. Zlustrowała uważnie każde słowo zawarte na trzech stronach. Przyjrzała się zdjęciu. Dodatkowo przypomniała sobie człowieka z tego zdjęcia. Przymknęła lekko powieki.
- Znów się spotkamy.. Leo. - wyszeptała bezgłośnie odchylając głowę w tył.
To była tragedia.
Wtarła krem w twarz, potem w dłonie. I balsam wtarła w bladą skórę.
Wyszła z łazienki pogrążonej w parze.
- Już? Myślałem, że posiedzisz jeszcze dłużej.
Dość przysadzisty mężczyzna uniósł wzrok na swoją podwładną. Pochłaniał każdy cal jej ciała z ogromną zachłannością. Aczkolwiek słowa wypadające z jego ust wcale nie były zachętą do dłuższej kąpieli.
- Planowałam. Jednak woda zrobiła się zimna. - odmruknęła złośliwie.
Nienawidziła tego faceta, jednak teraz oferował jej robotę. I łazienkę. Na razie miała za duży kawałek do domu. A wolała się oczyścić niż chodzić miastem wyglądając jak bezdomny.
- Eh..
Ciche westchnienie wydobyło się z ust mężczyzny.
Był on o głowę niższy od niej. Na głowie skrzyła się czarna czupryna, acz ślady srebrzystej siwizny powoli dawały się we znaki. Miał około czterdziestu lat. I okropną, wielką tuszę. Gdyby wypadało powiedziałaby mu, że wygląda jak wieloryb. Gruby brzuch, piwny. Dłonie z palcami przypominającymi serdelki. Komicznie małe stopy w porównaniu z grubym udem. I mięsista szyja trzymająca równie mięsistą głowę pokrytą rumieńcami spowodowanymi nadmiernym ciepłem w pomieszczeniu. Twarz zdobiła para brązowych oczu, orli nos oraz usta przypominające kreskę. Nie był okazem przystojności. Ale miał pieniądze. I oferował pracę, za którą hojnie wynagradzał.
- Nowa robota.
Uniosła brew czekając, aż grubas zacznie mówić. Jednak zamiast niego wystąpił dość przeciętnego wyglądu, wysoki mężczyzna. Na oko trzydzieści lat.
- Pan Snow oczekuje od pani bardzo cicho zrobionej sprawy. - wyraził się dość niejasno, jak idiota, który nigdy w życiu nie mówił. Zdanie było kompletnie nieskładne, ale wcale się tym nie przejął. - W tej kopercie.. - mówiąc to wysunął średnich rozmiarów kopertę zrobioną z brązowego papieru, wzięłam ją. - ... jest wszystko szczegółowo opisane. Ma pani zrobić wszystko co do słowa. Inaczej nie dostanie pani zapłaty.
Rudowłosa zamyśliła się na krótką chwilę. Chciała otworzyć kopertę, jednakże ów mężczyzna przeciętnej wagi powstrzymał ją ruchem dłoni.
- Jest to sprawa delikatna, o której wie tylko pan Snow oraz jego najbliższy podwładny. Niestety, ale musi pani.. pani..
- Mów dalej. - warknęła.
Nie miała zamiaru wyjawiać mu swojego imienia ani nazwiska. Skoro nie znał tych danych to miało tak zostać. Nie chciała mieć żadnych kłopotów z tym człowiekiem.
- Musi pani zachować bezwzględną dyskrecję. Nikt o tym nie może się dowiedzieć.
Skinęła powoli głową. Co za barany, nikt nigdy się nie dowiadywał o jej zleceniach. Jakby chciała z kimkolwiek się dzielić tymi informacjami.
Stukot jej obcasów rozległ się na mało zaludnionej uliczce. Skręciła w jeszcze mniejszą. Przed oczami miała podwórze. Dość wyjałowione. Niezaludnione kompletnie. Przed nim stał stary, obskurny blok, do którego mieszkańcy mogli wejść przez cztery osobne klatki schodowe. Ona skierowała się w stronę ostatniej, najbardziej schowanej za rogiem. Odtworzyła drzwi, po czym ruszyła na pierwsze piętro schodami. Weszła do mieszkania ponownie używając klucza.
- Dom.. - wymamrotała rzucając torbę od wejścia w kierunku kanapy.
Jej własny raj. Ubogi, ale z rzeczami najbardziej potrzebnymi i pożądanymi. Nikt nie miał dostępu do tego miejsca prócz niej. I niegdyś kilku kochanków.
- Ciekawe co to za fucha..
Zrzuciła obcasy. Zamknęła drzwi na dwa spusty.
Od razu skierowała swoje kroki w stronę torby rzuconej chwilę temu na kanapę. Wyciągnęła z niej ową brązową kopertę. Bez chwili namysłu rozerwała ją.
Spojrzała na jej zawartość. Usta otworzyły się jej w nieświadomym grymasie. Zamrugała kilkakrotnie powiekami. Zlustrowała uważnie każde słowo zawarte na trzech stronach. Przyjrzała się zdjęciu. Dodatkowo przypomniała sobie człowieka z tego zdjęcia. Przymknęła lekko powieki.
- Znów się spotkamy.. Leo. - wyszeptała bezgłośnie odchylając głowę w tył.
To była tragedia.
poniedziałek, 24 czerwca 2013
Robota #1
- Cholera, cholera, cholera...
Z ust około 25-letniej kobiety dobywał się monotonny wydźwięk słowa "cholera". Oczyma łapczywie oglądała każdy skrawek tej ziemi. Była idiotką zgadzając się na tę misję. Ale przecież potrzebowała tych śmierdzących pieniędzy. Ze szczęścia się nie żyje. Żadna praca nie hańbi. Chociaż pomysł bycia dziwką w jakiejś podmiejskiej budzie nie wprawiał ją w zachwyt. Wolała to.
Wybiegła na prostą. Łańcuch wiszący z tyłu jej pleców pobrzękiwał. W oddali słyszała donośny stukot butów oraz kopyt.
- Koń...? Na drugim piętrze!? No, kurwa, jaja sobie robią z człowieka!
Jeszcze tego brakowało. Koń. Przeważnie ucieczki z misji jej się udawały, były dodatkowo rzadkością. Zręcznie ukrywała się w skrytkach i podsłuchiwała rozmowy. Albo robiła zdjęcia. Tajny informator, hę? Jednak dziś coś poszło nie tak. Może wiedzieli? Sama nie mogła rozpatrzyć się w sytuacji. Niezbyt zręcznie wepchnęła spocony kosmyk, wyblakłych, rudych włosów za ucho. Starała się biec jak najciszej i najzwinniej. Ale czuła ból w lewej łydce.
- Szlag by go trafił, szlag!
Wybełkotała praktycznie przez łzy. Ból w łydce nie wziął się znikąd. Krwawiła. Możliwe, iż miała szczęście, gdyż było to niezbyt głębokie draśnięcie. Spowodowane cięciem nożem. lepsze to niż kula. Aczkolwiek materiał spodni niemiłosiernie obcierał i nie pozwalał ranie przestać krwawić.
W myślach panicznie przypominała sobie drogę ucieczki z miejsca spotkania szajki przemycającej broń i narkotyki. Uwzględniając szczególnie to pierwsze. Nie wiedziała, dlaczego w Podziemiu jest tyle przemytów. W gruncie rzeczy mało ją to interesowało. Pracowała dla tego kto dał pieniądze. Nawet jej szef był z Podziemia.
Raptownie skoczyła w zakręt przypominając sobie, że droga na wprost kończy się brakiem ściany i spadkiem z wysokości trzydziestu metrów. W jej stanie skok byłby niemożliwością, a nawet gdyby udało się go wykonać.. Mieliby ją jak na tacy.
Stukanie kopyt był coraz to wyraźniejsze. Otarła wierzchem dłoni słone łzy, by widzieć.
- Ciemno jak w dupie.... - wymamrotała sama do siebie zwalniając tempa.
Było tu dość wąsko, ale jeżeli jeźdźca jest precyzyjny dorwie ją w ułamkach sekundy i zastrzeli w jakimś zatęchłym kącie przy skrzyni pełnej ciężkich narkotyków albo noży co kilkanaście minut przed odnalezieniem jej w, jak się wydawało kobiecie, znakomitej kryjówce. Gorzej by było jakby natrafiła na granaty. Tam nie postrzeliliby jej na miejscu. Tylko zabrali i torturowali do momentu wyznania kto ją nasłał. Ha. W jej myślach rozbrzmiał szyderczy śmiech.
"Ktoś mnie wpakował w bagno specjalnie, czy to przypadek? Nie dam się tak łatwo. Swoje wycierpiałam."
Wyszczerzyła zęby w szatańskim uśmiechu. Ruszyła dalej. Do schodów, po których zbiegła w mgnieniu oka. Na pewno powiadomili ludzi z dwóch niższych pięter.
- Frajerzy.. postawiłabym kogoś przy schodach.
Prychnęła pogardliwie. Zapewne myśleli, iż Ci z góry wykończą ją bez przeszkód. Ale była pewna, że powiadomili już tych z dołu. Zawsze denerwowało ją, że muszą robić te dziwaczne spotkania w takich miejscach. Zatęchłe rudery, na piętrach. Obstawione jakby mieli ich pożreć. I koń! Ciekawe jak go wtachali do góry. A, tak. To stary szpital. Te windy operacyjne. Pewnie musieli się natrudzić, aby działała. W końcu nie mogli zatelefonować do naprawy i poprosić kogoś o pomoc, gdyż potrzebują wwieźć konia do góry. Ciekawe, czy na pozostałych piętrach też mają..
Wytężyła słuch. Kroki. Ale wielkiej bestii ani słysz. Jest dobrze. Kącik ust uniósł się jej ku górze. Przysunęła się do wypukłego rogu ściany. Pójście na dół nie byłoby dobrym pomysłem. Lepiej wykończyć tych z drugiego piętra. Będzie kilku mniej.. Tak. Ale Ci z góry. Ten z koniem może zejść z niego, ale nie zostawi swej cudnej bestii samej ze sobą. Za nią biegło czterech... jeden na koniu.
- Czyli tu musi być tyle samo albo..
... więcej. Zagryzła lekko wargę. Dwóch cherlaków, jedna kobieta, trzech goryli z pałkami. Kobieta pewnie ma pistolet. Nie wygląda na zwinną, ale pozory mogą mylić. Jeden z cherlawych typków trzyma dwa tanto. Hah, widocznie lubi się pobawić, na ostro. Drugi jest uzbrojony w kastety i... idiota nie wie co to znaczy porządnie schować broń. Taki mały pistolecik na w razie czego może mu nie pomóc, gdy o nim wiem. Ciekawe, ciekawe. Gorzej z tymi wielkimi oprychami. Wpierw tych trzech...
Wyciągnęła dwa rewolwer z kabury. Były połączone solidnym łańcuchem. Naprzeciwko były kolejne schody. I korytarz w bok. Zaśmiała się donośnie. Kroki wrogów ustały. Wybiegła z nijakiej kryjówki. Padły pierwsze strzały.
Goryl pierwszy został ugodzony w ramię, cholera. Zawył, ale rozwścieczyło go to.
Przebiła się na drugą stronę, po czym złapała oddech. Uśmiech poszerzył się na jej ustach. Wybiegła po raz drugi. Przebiła się przez nich. Kobieta o czarnych niczym heban włosach dobyła pistoletu. Trzęsły się jej ręce, choć próbowała od nich odciągnąć wyzywającym wzrokiem wężowych oczu. Wiedziała. Jednak nim się obejrzała rudowłosa zgrabnie podcięła jej nogi z półobrotu. Musiała przy tym kucnąć, aby żaden z oprychów jej nie tknął. Czarnowłosa runęła jak kłoda. Słaba sztuka. Wyrzuciła broń z trzęsącej się dłoni.
Zrobiła salto w tył unikając ciosu od człowieka posiadającego kastety. Rozwścieczony goryl w tym czasie trzasnął ją potężnym ciosem w bok. Poleciała w bok, metr dalej. Zawyła z bólu, ale zignorowała go i wstała zwinnie. Wystrzeliła kilka kul. Dorwała żebra cherlaka od kastetów i nogę owej kobiety, która chciała sięgnąć po broń. Na holu było słychać ryk czarnowłosej. Łzy i krew popłynęły strumieniem.
Przeważnie próbowali dorwać ją pojedynczo. Byli mało zgrani. I łatwi do obicia.
Łańcuchem złapała drugiego cherlaka, który był uzbrojony w tanto. Jednak źle je trzymał. I próbował ją zajść od przodu. W tym typie walki powinien zaskoczyć ją od tyłu.. Najwidoczniej był to nowicjusz. Przydusiła go porządnie, mimo 25 lat, słabej, wyglądającej na lichą, postury była dość silna. Napastnik się szamotał. Wycofywała się zwinnie raz w tył raz w bok, gdy pozostała trójka goryli próbowała ją dorwać. Jasna dupa. Miała tamtych ściągnąć pierwszych na ziemię, ale wyszło nie po jej myśli. Blondynek uwięziony w łańcuch na szyi opadł z sił. Chyba troszkę przesadziła. Ale oddychał. Rzuciła nim w bok.
- Wpierw nauczy się tym posługiwać! - warknęła, choć wiedziała, iż nie słyszy.
Wróciła do rzeczywistości. Jeden oprych trzymał się za krwawiące ramię. Dwóch pozostałych nie było nawet zmęczonych. Strzeliła kilkukrotnie. Jeden pocisk drasnął kolejnego draba w nogę, ale ten się nie przejął. Schowała pistolety do kabury. Szlag. Wydobyła noże myśliwskie. Rzuciła się na nich z dzikim krzykiem nie myśląc więcej o żadnej taktyce. Byleby ich pokonać. I wrócić do domu.
- Ciepła kąpiel czeka, dranie, nie mam czasu!
Z ust około 25-letniej kobiety dobywał się monotonny wydźwięk słowa "cholera". Oczyma łapczywie oglądała każdy skrawek tej ziemi. Była idiotką zgadzając się na tę misję. Ale przecież potrzebowała tych śmierdzących pieniędzy. Ze szczęścia się nie żyje. Żadna praca nie hańbi. Chociaż pomysł bycia dziwką w jakiejś podmiejskiej budzie nie wprawiał ją w zachwyt. Wolała to.
Wybiegła na prostą. Łańcuch wiszący z tyłu jej pleców pobrzękiwał. W oddali słyszała donośny stukot butów oraz kopyt.
- Koń...? Na drugim piętrze!? No, kurwa, jaja sobie robią z człowieka!
Jeszcze tego brakowało. Koń. Przeważnie ucieczki z misji jej się udawały, były dodatkowo rzadkością. Zręcznie ukrywała się w skrytkach i podsłuchiwała rozmowy. Albo robiła zdjęcia. Tajny informator, hę? Jednak dziś coś poszło nie tak. Może wiedzieli? Sama nie mogła rozpatrzyć się w sytuacji. Niezbyt zręcznie wepchnęła spocony kosmyk, wyblakłych, rudych włosów za ucho. Starała się biec jak najciszej i najzwinniej. Ale czuła ból w lewej łydce.
- Szlag by go trafił, szlag!
Wybełkotała praktycznie przez łzy. Ból w łydce nie wziął się znikąd. Krwawiła. Możliwe, iż miała szczęście, gdyż było to niezbyt głębokie draśnięcie. Spowodowane cięciem nożem. lepsze to niż kula. Aczkolwiek materiał spodni niemiłosiernie obcierał i nie pozwalał ranie przestać krwawić.
W myślach panicznie przypominała sobie drogę ucieczki z miejsca spotkania szajki przemycającej broń i narkotyki. Uwzględniając szczególnie to pierwsze. Nie wiedziała, dlaczego w Podziemiu jest tyle przemytów. W gruncie rzeczy mało ją to interesowało. Pracowała dla tego kto dał pieniądze. Nawet jej szef był z Podziemia.
Raptownie skoczyła w zakręt przypominając sobie, że droga na wprost kończy się brakiem ściany i spadkiem z wysokości trzydziestu metrów. W jej stanie skok byłby niemożliwością, a nawet gdyby udało się go wykonać.. Mieliby ją jak na tacy.
Stukanie kopyt był coraz to wyraźniejsze. Otarła wierzchem dłoni słone łzy, by widzieć.
- Ciemno jak w dupie.... - wymamrotała sama do siebie zwalniając tempa.
Było tu dość wąsko, ale jeżeli jeźdźca jest precyzyjny dorwie ją w ułamkach sekundy i zastrzeli w jakimś zatęchłym kącie przy skrzyni pełnej ciężkich narkotyków albo noży co kilkanaście minut przed odnalezieniem jej w, jak się wydawało kobiecie, znakomitej kryjówce. Gorzej by było jakby natrafiła na granaty. Tam nie postrzeliliby jej na miejscu. Tylko zabrali i torturowali do momentu wyznania kto ją nasłał. Ha. W jej myślach rozbrzmiał szyderczy śmiech.
"Ktoś mnie wpakował w bagno specjalnie, czy to przypadek? Nie dam się tak łatwo. Swoje wycierpiałam."
Wyszczerzyła zęby w szatańskim uśmiechu. Ruszyła dalej. Do schodów, po których zbiegła w mgnieniu oka. Na pewno powiadomili ludzi z dwóch niższych pięter.
- Frajerzy.. postawiłabym kogoś przy schodach.
Prychnęła pogardliwie. Zapewne myśleli, iż Ci z góry wykończą ją bez przeszkód. Ale była pewna, że powiadomili już tych z dołu. Zawsze denerwowało ją, że muszą robić te dziwaczne spotkania w takich miejscach. Zatęchłe rudery, na piętrach. Obstawione jakby mieli ich pożreć. I koń! Ciekawe jak go wtachali do góry. A, tak. To stary szpital. Te windy operacyjne. Pewnie musieli się natrudzić, aby działała. W końcu nie mogli zatelefonować do naprawy i poprosić kogoś o pomoc, gdyż potrzebują wwieźć konia do góry. Ciekawe, czy na pozostałych piętrach też mają..
Wytężyła słuch. Kroki. Ale wielkiej bestii ani słysz. Jest dobrze. Kącik ust uniósł się jej ku górze. Przysunęła się do wypukłego rogu ściany. Pójście na dół nie byłoby dobrym pomysłem. Lepiej wykończyć tych z drugiego piętra. Będzie kilku mniej.. Tak. Ale Ci z góry. Ten z koniem może zejść z niego, ale nie zostawi swej cudnej bestii samej ze sobą. Za nią biegło czterech... jeden na koniu.
- Czyli tu musi być tyle samo albo..
... więcej. Zagryzła lekko wargę. Dwóch cherlaków, jedna kobieta, trzech goryli z pałkami. Kobieta pewnie ma pistolet. Nie wygląda na zwinną, ale pozory mogą mylić. Jeden z cherlawych typków trzyma dwa tanto. Hah, widocznie lubi się pobawić, na ostro. Drugi jest uzbrojony w kastety i... idiota nie wie co to znaczy porządnie schować broń. Taki mały pistolecik na w razie czego może mu nie pomóc, gdy o nim wiem. Ciekawe, ciekawe. Gorzej z tymi wielkimi oprychami. Wpierw tych trzech...
Wyciągnęła dwa rewolwer z kabury. Były połączone solidnym łańcuchem. Naprzeciwko były kolejne schody. I korytarz w bok. Zaśmiała się donośnie. Kroki wrogów ustały. Wybiegła z nijakiej kryjówki. Padły pierwsze strzały.
Goryl pierwszy został ugodzony w ramię, cholera. Zawył, ale rozwścieczyło go to.
Przebiła się na drugą stronę, po czym złapała oddech. Uśmiech poszerzył się na jej ustach. Wybiegła po raz drugi. Przebiła się przez nich. Kobieta o czarnych niczym heban włosach dobyła pistoletu. Trzęsły się jej ręce, choć próbowała od nich odciągnąć wyzywającym wzrokiem wężowych oczu. Wiedziała. Jednak nim się obejrzała rudowłosa zgrabnie podcięła jej nogi z półobrotu. Musiała przy tym kucnąć, aby żaden z oprychów jej nie tknął. Czarnowłosa runęła jak kłoda. Słaba sztuka. Wyrzuciła broń z trzęsącej się dłoni.
Zrobiła salto w tył unikając ciosu od człowieka posiadającego kastety. Rozwścieczony goryl w tym czasie trzasnął ją potężnym ciosem w bok. Poleciała w bok, metr dalej. Zawyła z bólu, ale zignorowała go i wstała zwinnie. Wystrzeliła kilka kul. Dorwała żebra cherlaka od kastetów i nogę owej kobiety, która chciała sięgnąć po broń. Na holu było słychać ryk czarnowłosej. Łzy i krew popłynęły strumieniem.
Przeważnie próbowali dorwać ją pojedynczo. Byli mało zgrani. I łatwi do obicia.
Łańcuchem złapała drugiego cherlaka, który był uzbrojony w tanto. Jednak źle je trzymał. I próbował ją zajść od przodu. W tym typie walki powinien zaskoczyć ją od tyłu.. Najwidoczniej był to nowicjusz. Przydusiła go porządnie, mimo 25 lat, słabej, wyglądającej na lichą, postury była dość silna. Napastnik się szamotał. Wycofywała się zwinnie raz w tył raz w bok, gdy pozostała trójka goryli próbowała ją dorwać. Jasna dupa. Miała tamtych ściągnąć pierwszych na ziemię, ale wyszło nie po jej myśli. Blondynek uwięziony w łańcuch na szyi opadł z sił. Chyba troszkę przesadziła. Ale oddychał. Rzuciła nim w bok.
- Wpierw nauczy się tym posługiwać! - warknęła, choć wiedziała, iż nie słyszy.
Wróciła do rzeczywistości. Jeden oprych trzymał się za krwawiące ramię. Dwóch pozostałych nie było nawet zmęczonych. Strzeliła kilkukrotnie. Jeden pocisk drasnął kolejnego draba w nogę, ale ten się nie przejął. Schowała pistolety do kabury. Szlag. Wydobyła noże myśliwskie. Rzuciła się na nich z dzikim krzykiem nie myśląc więcej o żadnej taktyce. Byleby ich pokonać. I wrócić do domu.
- Ciepła kąpiel czeka, dranie, nie mam czasu!
Subskrybuj:
Posty (Atom)