środa, 17 lipca 2013

Życie na nudę #1

15 maj 2005 rok


Dziś skończyłam osiemnaście lat. Normalny człowiek cieszyłby się z takiej okazji, ale.. jest na zegarze 23:30. Siedzę trzeźwa. Całe życie nie wypiłam nawet kropli alkoholu. I nie mam wielu przyjaciół ani znajomych, którzy chcieliby hucznie obejść ze mną tą specjalną urodzinową datę. Rodzice już śpią. Tash poszedł do domu około 22, ponieważ piętnaście po miał jechać ostatni autobus. Normalnie zostałby na noc, jednak jutro zdaje na prawo jazdy, dlatego uściskałam go, życzyłam powodzenia i pożegnałam. Ma jutro powiedzieć mi jak poszło, czy zdał.
Dzisiejszy dzień był bardzo nudny, jak wiele tych za mną. Jednakże postanowiłam zmienić wiele przyszłych dni, dlatego wzięłam ten zeszyt i zaczęłam pisać pierwsze słowa. Chcę pokazać światu, że z nudnego życia można stworzyć coś naprawdę intrygującego!
Mimo wszystko mogę zacząć od nudnego opisu mojej super, extra nieciekawej 18-nastki.

Wstałam jak zawsze w dni szkolne o 6:30. Zjadłam śniadanie, zajęłam się poranną toaletą, wybrałam ubranie. Ściągnęłam warstwę nocnych łaszków, naciągnęłam dzienne. Ułożyłam.. nie. Tylko rozczesałam włosy. Dopiłam stygnącą od 30 minut herbatę i umyłam zęby. Nienawidzę mieć brudnego uzębienia, to takie frustrujące wyjść w takim stanie.
Wracając do mojej z deka nudnawej opowieści.
Spakowałam książki, wybiegłam z domu nie żegnając się nawet z rodzicami, gdyż byli już w pracy. Mieli być w domu około 15. Wleciałam do autobusu jak z procy wystrzelona, prawie mi uciekł. I takim oto sposobem przeżyłam wiele lekcji w szkolnych ścianach.
Najbardziej nużyła mnie chemia, bo zawsze kobieta unosi wzrok i mówi do sufitu, a nie do nas. Wtedy rysuję po okładce albo wyciągam jakąś czystą kartkę. Belferka nawet nie przejmuje się tym, że większość klasy robi coś innego i nie zapisuje nawet tematu. A reszta lekcji była taka jak zwykle.

Do domu wróciłam chwilę przed 15. Nie było ostatniej lekcji. Miałam parę minut dla siebie w ciszy i spokoju, potem przyszli rodzice. I Tash o 16. Zjedliśmy obiad a'la rodzinny, pośmialiśmy się i w ogóle. Następnie mama przyniosła mój ulubiony tort truskawkowy. Zapaliła świeczki. Zaśpiewali mi "sto lat", byłam troszkę skrępowana jak zawsze. Każdy złożył mi życzenia i wycałował policzki. Pożywiliśmy się. Nie narzekałam za wszechobecną nudę, gdyż moi rodzice byli wrażliwi na tym punkcie, nie chciałam, aby doszła awantura o byle co.

W końcu nadeszła pora prezentów. Liczyłam na coś ekstrawaganckiego, ale się przeliczyłam. Od rodziców dostałam parę kolczyków ze srebra w kształcie liści lipy. Zaś od Tasha łańcuszek ze srebrną kulką przeszywaną zielonymi drobinkami. Podziękowałam. Uścisnęłam wszystkich.

Wieczorem, gdy siedziałam z przyjacielem w moim pokoju w końcu postanowiłam powiedzieć mu co mnie trapi.
- Tash, wiesz co.. - zaczęłam cicho, chłopak skierował swój wzrok na mnie. -.. zawsze chciałam prowadzić zabawniejsze życie.
- W jakim sensie?
- No, potrzebuję jakichś widocznych zmian w życiu. Popatrz.. skończyłam dziś osiemnaście lat. A co robię? Spędzam te urodziny z rodzicami i tobą. Nie narzekam, że Ty tu jesteś, bo to dobrze, mam z kim pomówić o tym co mnie trapi. Jednak..
Przerwałam na parę sekund, aby złapać oddech i skumulować wszelkie myśli.
-.. doszłam do wniosku, że każdy rok, dzień mojego życia był przesiąknięty do szpiku nudą. Chcę robić wiele ciekawych rzeczy. Poznawać ludzi i zacząć czerpać z życia.
Tash pokiwał wtedy wolno głową, po czym uśmiechnął się w ten najprostszy u niego sposób. Wcale nie zdziwił się moimi słowami, ale to dobrze. Przynajmniej może mi cokolwiek doradzić.
- Proponuję na pierwszy ogień jakiś klub. Wiesz.. tanie, dużo ludzi. Może poznasz kogoś ciekawego
Patrzałam na niego długi czas. Nie wiedziałam, czy przystać na ten pomysł.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz