sobota, 3 sierpnia 2013

Krokiet na nazwę!

Akurat dzisiejszego dnia wzięło mi się na wspominki. Opisanie sytuacji jak najbardziej zwyczajnej. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Po prostu piszę, bo taka wena nadeszła.
Czasami, gdy zakładam nowego bloga, czy inną stronę, długo myślę nad ciekawą i niezaprzeczalnie fenomenalną nazwą. Nazwa jest dla mnie pierwszymi drzwiami do "sukcesu". Dlatego myślę nad nią jak najdłużej, by znaleźć tą odpowiednią, ewentualnie skończyć z jakimś dziwactwem, ponieważ myśli odmawiają mi posłuszeństwa.

Tamtego kwietniowego dnia usiadłam spokojnie przed komputerem. Jak zwykle, wynudzona. Jednak był to dzień przed urodzinami pewnego pana. Nie oczekiwałam cudu, iż z nim porozmawiam. Od dłuższego czasu z nim nie rozmawiałam, więc tym bardziej nie myślałam, iż się pojawi.  Zajęłam się oglądaniem anime. Jednak znudziło mi się to dość szybko. Odrobiłam jedynie lekcje, gdyż była to niedziela, a trzeba było koniec końców nie mieć zaległości. Pisałam troszkę z moją przyjaciółką, którą nazywam dość owocowo - Ananas.
Rozmawiałam z nią o jej blogu. Ponarzekałam troszkę, że też bym chciała założyć, ale chyba się nie opłaca, gdyż teraz królują blogi o tematyce... właśnie. Nie wiem czy to jest tematyka. Nie, absolutnie. Po prostu w tych często odwiedzanych blogach można teraz spotkać jakieś gwiazdy. Z otoczenia, w którym najwięcej się kręcę dopatrzyłam się tego, iż królują tam gwiazdy k-pop'u albo j-rock'a. Wcale mnie to nie dziwi, gdyż jeszcze dwa lata temu była kompletna jazda na pisanie czegoś z ulubionymi postaciami z anime, mangi. Wtedy akurat mi się też nie udało zbytnio wybić, choć wymyślałam japońskie imiona i sama coś sklekociłam, jednakże NIGDY nie tworzyłam romansidła, w którym to ja byłam główną bohaterką, zaś wokół mnie kręciło się kilku bohaterów różnych serii. Jeżeli chciałam już romansidło to mnie tam nie było.
Westchnęłam przeciągle przed komputerem. Nie pamiętam dokładnie tej rozmowy. Wiem, że potem Ananas zamilkła i sama użerałam się z myślami przez godzinę.
I stało się.
Wielka, wszechobecna moc rozkazała mi założyć bloga.
Zabrałam się za to i od razu padłam na punkcie "nazwa bloga".
- Kurczę, czy to zawsze musi być takie trudne!?
Tak, powiedziałam to na głos, dzięki czemu matka zdziwiona zajrzała do mojego pokoju z zapytaniem, czy oszalałam już doszczętnie. Ale nie teraz o mojej nieogarniętej głowie tylko o nazwie.
Dumałam tak z dwie godzinki. Myślałam. Już wpisywałam jakąś super, rewelacyjną, moemoe nazwę, gdy... "nazwa zajęta". Cholera. Jeżeli chcę mieć nazwę "krokiet" to nie będę chciała "krokiet014". Żyj sobie dobrze osobo, która uprzedziła moje myśli. Dzięki Tobie musiałam myśleć dłużej.
Pamiętam jak jakieś trzy lata temu założyłam bloga o bardzo długiej nazwie. To był mój pierwszy. Chciałam pisać dalszą część do "Naruto". I powstała około pięciosłowowa nazwa. A ja się dziwiłam, że na niego weszło około stu osób tylko przez niecały rok. Dobra, z ręką na sercu przyznaję - "szatę graficzną" sama stworzyłam i po tych latach stwierdzam, że pełno Hinaty i niebieskości i te spadające gwiazdki oraz wskaźnik w kształcie serduszka wcale nie były kuszące. I mój początkowy styl pisania oraz masa błędów ortograficznych, ee... Idźmy dalej!
Potem miałam jeszcze dziesiątki blogów. Jeden z nich pisałam z pewną dziewczyną o rok młodszą ode mnie. Ona robiła piękną oprawę graficzną! I chyba był to mój najpopularniejszy blog. Miał w ciągu pół roku bardzo wiele komentarzy i ponad dwa tysiące wyświetleń.. Ten blog miał całe trzy słowa w nazwie. Myślałam nad nią całe trzy dni! Naprawdę. Moriah Infernal City. Do tej pory pamiętam. Teraz tylko tam wisi z poukrywanymi postami.
Ale co mnie najbardziej boli z perspektywy czasu...
Moje myślenie kiedyś wzięło górę i uznałam, że bardzo oryginalnie będzie mieć nazwę bloga zapisaną za pomocą romaji! A kij by to... Gdybym nie udostępniała swojego bloga na portalu społecznościowym to nikt by nie wchodził. Dlatego każdemu, kto zaczyna przygodę z pisaniem od tej pory odradzałam takich wymysłów, bo jest to najgorsze co może zrobić.
Idąc dalej..
Nazw miałam wiele.
Ale akurat tego dnia myślałam nad nią najkrócej ze wszystkich do tej pory złożonych przez mój jakże mało polonistyczny łeb.
Właśnie - dzięki książce od polskiego znalazłam tą jedyną i niepowtarzalną, moim zdaniem, nazwę.
Wtedy to przygasałam już z nadzieją na coś co zaiskrzy mi w główce.
Oparłam głowę bezradnie o biurko. Zaczęłam narzekać na to jaki ten świat okrutny. Dlaczego nie obdarzono mnie umysłem pojemnym jak nie wiadomo co. I czemu to mam akurat takie rozterki jak znalazłoby się o wiele gorsze.
- Nosz, kur... czę.
Staram się od roku ograniczać przeklinanie. I matula mnie goni. Ale się ciesze, bo wolę być dziewczęciem umiejącym się wysłowić po polsku niż po łacinie podwórkowej z domieszką polskości.
Chciałam wszystko rąbnąć w kąt. Gdy nagle olśniło mnie.
- A może...!
Złapałam pierwszą książkę z brzegu. Był to atlas geograficzny. Popatrzyłam na niego troszkę... zła. Odłożyłam go bez krzty szacunku, jako że fanką geografii nigdy nie byłam. Lisa See "Miłość Peonii". Nie, z tej książki na pewno nazwy nie wykrawam. Acz - wpisałam tytuł i... mogłam, ale doszłam do wniosku, że i tak ta nazwa nie pasuje, plus jest to dla mnie jak mała kradzież.
Chwilę potem dostałam na gadu-gadu wiadomość od pewnej osoby zaczynającą się od "Kiciu". Zapomniałam o tym, że często używam swojego "imienia" - Kot. I wpisałam "kotowo". Tak. Nazwa była dostępna, ale chciałam, aby ogółem blog miał taką nazwę. A nie link. Usunęłam.
I w tym momencie oparłam się z jeszcze starym krzesłem, made in China, o parapet. Spadła książka od polskiego. Podniosłam ją niepewnie. Otworzyłam na byle jakiej stronie. Poprzerzucałam kilka stron w tył. Potem paręnaście w przód. Spojrzałam w spis treści. Znów otworzyłam na byle jakiej stronie.
- To nie ma sensu.
O mały włos nie zgrzytnęłabym zębami, a fuj!
I spojrzałam na stronę. Ujrzałam. Dość specyficzne słowo. Tylko jedno, ale mnie zafascynowało.
Nigdy moich wypocin nie uznawałam za wybitnie dobre. Ot parę szkolnych konkursów, coś ogólnopolskiego, jakieś wyróżnienie. Ale pisałam dość przeciętnie. Są lepsi. Może i ta nazwa nie wyróżniała się dla nikogo niczym szczególnym. Ale od zawsze uznawałam to co robiłam za nijakie, godne ciągłych popraw i rozwoju. I taki jest "mój styl". Dokręcanie wszystkiego na ostatnią śrubkę, choć jeszcze kilkunastu braknie albo kilkudziesięciu do wykończenia mojej osobistej wieży Eiffela.. Ta wieża u mnie kończy się "napisać własną książkę". Może i nie opublikować jej, ale zrobić to dla siebie. Mieć siłę, aby.. Właśnie. Aby co? Aby.. Huh. To bardzo trudne. Ale w gruncie rzecz biorąc na poważnie chcę być z siebie dumna, iż potrafiłam napisać coś długiego, co łączy się w jedno. Jedno. To jest takie trudne. Ciągle próbuję. Ale nici.
Dlatego to słowo było intrygujące. "Cienkusz". Od razu rzuca się w oczy, że chodzi o coś cienkiego. Łapczywie przeczytałam wytłumaczenie owego słowa.
Cienkusz - słabej jakości wino.
Kocham wino tak mocno jak kocham pisać. Dlatego zapragnęłam tej nazwy jak pewnego pana bardzo dawno temu, ale my nie o tym tu.
Aż się zaśmiałam do monitora, co jest oznaką mojej zaskakującej psychozy.
Nazwa delikatna, pospolita, choć oryginalna w swej skromności.
Wpisałam.
- Proszę.. proszę.. proszę..
Błagalnym wzrokiem podziwiałam monitor.
Gdy tylko ujrzałam zielony napis "dostępne", aż podskoczyłam z radości i krzyknęłam. Znów mamuśka wbiegła do pokoju.
- Czy Ty masz nadmiar energii? Idź pobiegać. Albo wykrzyczeć się w lesie.
Uśmiechnęłam się tylko na jej odpowiedź niczym kompletna wariatka. Wyszła i zostawiła mnie z mym małym szczęściem w pokoju. Tak, to chore z mojej strony, iż cieszę się wiadomością o tym, że dana nazwa jest dostępna. Ale naprawdę nie wyobrażam sobie mieć "krokiet" gdzieś tam w linku u góry i potem to upubliczniać. Nie w tym życiu!
Gdy wymyślam coś innego niż inni czuję się w jakimś stopniu oryginalna, inną. Może nawet wyjątkowa. Nie chwalę się tym, ale tak jest.
I tak kliknęłam "załóż bloga". Oto jest. Ten blog. Namiastka mojego dziwnego "ja". Moja spuścizna dla tego wielkiego świata, choć wiem, iż on wcale nie przyjmuje go chętnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz