- Cholera, cholera, cholera...
Z ust około 25-letniej kobiety dobywał się monotonny wydźwięk słowa "cholera". Oczyma łapczywie oglądała każdy skrawek tej ziemi. Była idiotką zgadzając się na tę misję. Ale przecież potrzebowała tych śmierdzących pieniędzy. Ze szczęścia się nie żyje. Żadna praca nie hańbi. Chociaż pomysł bycia dziwką w jakiejś podmiejskiej budzie nie wprawiał ją w zachwyt. Wolała to.
Wybiegła na prostą. Łańcuch wiszący z tyłu jej pleców pobrzękiwał. W oddali słyszała donośny stukot butów oraz kopyt.
- Koń...? Na drugim piętrze!? No, kurwa, jaja sobie robią z człowieka!
Jeszcze tego brakowało. Koń. Przeważnie ucieczki z misji jej się udawały, były dodatkowo rzadkością. Zręcznie ukrywała się w skrytkach i podsłuchiwała rozmowy. Albo robiła zdjęcia. Tajny informator, hę? Jednak dziś coś poszło nie tak. Może wiedzieli? Sama nie mogła rozpatrzyć się w sytuacji. Niezbyt zręcznie wepchnęła spocony kosmyk, wyblakłych, rudych włosów za ucho. Starała się biec jak najciszej i najzwinniej. Ale czuła ból w lewej łydce.
- Szlag by go trafił, szlag!
Wybełkotała praktycznie przez łzy. Ból w łydce nie wziął się znikąd. Krwawiła. Możliwe, iż miała szczęście, gdyż było to niezbyt głębokie draśnięcie. Spowodowane cięciem nożem. lepsze to niż kula. Aczkolwiek materiał spodni niemiłosiernie obcierał i nie pozwalał ranie przestać krwawić.
W myślach panicznie przypominała sobie drogę ucieczki z miejsca spotkania szajki przemycającej broń i narkotyki. Uwzględniając szczególnie to pierwsze. Nie wiedziała, dlaczego w Podziemiu jest tyle przemytów. W gruncie rzeczy mało ją to interesowało. Pracowała dla tego kto dał pieniądze. Nawet jej szef był z Podziemia.
Raptownie skoczyła w zakręt przypominając sobie, że droga na wprost kończy się brakiem ściany i spadkiem z wysokości trzydziestu metrów. W jej stanie skok byłby niemożliwością, a nawet gdyby udało się go wykonać.. Mieliby ją jak na tacy.
Stukanie kopyt był coraz to wyraźniejsze. Otarła wierzchem dłoni słone łzy, by widzieć.
- Ciemno jak w dupie.... - wymamrotała sama do siebie zwalniając tempa.
Było tu dość wąsko, ale jeżeli jeźdźca jest precyzyjny dorwie ją w ułamkach sekundy i zastrzeli w jakimś zatęchłym kącie przy skrzyni pełnej ciężkich narkotyków albo noży co kilkanaście minut przed odnalezieniem jej w, jak się wydawało kobiecie, znakomitej kryjówce. Gorzej by było jakby natrafiła na granaty. Tam nie postrzeliliby jej na miejscu. Tylko zabrali i torturowali do momentu wyznania kto ją nasłał. Ha. W jej myślach rozbrzmiał szyderczy śmiech.
"Ktoś mnie wpakował w bagno specjalnie, czy to przypadek? Nie dam się tak łatwo. Swoje wycierpiałam."
Wyszczerzyła zęby w szatańskim uśmiechu. Ruszyła dalej. Do schodów, po których zbiegła w mgnieniu oka. Na pewno powiadomili ludzi z dwóch niższych pięter.
- Frajerzy.. postawiłabym kogoś przy schodach.
Prychnęła pogardliwie. Zapewne myśleli, iż Ci z góry wykończą ją bez przeszkód. Ale była pewna, że powiadomili już tych z dołu. Zawsze denerwowało ją, że muszą robić te dziwaczne spotkania w takich miejscach. Zatęchłe rudery, na piętrach. Obstawione jakby mieli ich pożreć. I koń! Ciekawe jak go wtachali do góry. A, tak. To stary szpital. Te windy operacyjne. Pewnie musieli się natrudzić, aby działała. W końcu nie mogli zatelefonować do naprawy i poprosić kogoś o pomoc, gdyż potrzebują wwieźć konia do góry. Ciekawe, czy na pozostałych piętrach też mają..
Wytężyła słuch. Kroki. Ale wielkiej bestii ani słysz. Jest dobrze. Kącik ust uniósł się jej ku górze. Przysunęła się do wypukłego rogu ściany. Pójście na dół nie byłoby dobrym pomysłem. Lepiej wykończyć tych z drugiego piętra. Będzie kilku mniej.. Tak. Ale Ci z góry. Ten z koniem może zejść z niego, ale nie zostawi swej cudnej bestii samej ze sobą. Za nią biegło czterech... jeden na koniu.
- Czyli tu musi być tyle samo albo..
... więcej. Zagryzła lekko wargę. Dwóch cherlaków, jedna kobieta, trzech goryli z pałkami. Kobieta pewnie ma pistolet. Nie wygląda na zwinną, ale pozory mogą mylić. Jeden z cherlawych typków trzyma dwa tanto. Hah, widocznie lubi się pobawić, na ostro. Drugi jest uzbrojony w kastety i... idiota nie wie co to znaczy porządnie schować broń. Taki mały pistolecik na w razie czego może mu nie pomóc, gdy o nim wiem. Ciekawe, ciekawe. Gorzej z tymi wielkimi oprychami. Wpierw tych trzech...
Wyciągnęła dwa rewolwer z kabury. Były połączone solidnym łańcuchem. Naprzeciwko były kolejne schody. I korytarz w bok. Zaśmiała się donośnie. Kroki wrogów ustały. Wybiegła z nijakiej kryjówki. Padły pierwsze strzały.
Goryl pierwszy został ugodzony w ramię, cholera. Zawył, ale rozwścieczyło go to.
Przebiła się na drugą stronę, po czym złapała oddech. Uśmiech poszerzył się na jej ustach. Wybiegła po raz drugi. Przebiła się przez nich. Kobieta o czarnych niczym heban włosach dobyła pistoletu. Trzęsły się jej ręce, choć próbowała od nich odciągnąć wyzywającym wzrokiem wężowych oczu. Wiedziała. Jednak nim się obejrzała rudowłosa zgrabnie podcięła jej nogi z półobrotu. Musiała przy tym kucnąć, aby żaden z oprychów jej nie tknął. Czarnowłosa runęła jak kłoda. Słaba sztuka. Wyrzuciła broń z trzęsącej się dłoni.
Zrobiła salto w tył unikając ciosu od człowieka posiadającego kastety. Rozwścieczony goryl w tym czasie trzasnął ją potężnym ciosem w bok. Poleciała w bok, metr dalej. Zawyła z bólu, ale zignorowała go i wstała zwinnie. Wystrzeliła kilka kul. Dorwała żebra cherlaka od kastetów i nogę owej kobiety, która chciała sięgnąć po broń. Na holu było słychać ryk czarnowłosej. Łzy i krew popłynęły strumieniem.
Przeważnie próbowali dorwać ją pojedynczo. Byli mało zgrani. I łatwi do obicia.
Łańcuchem złapała drugiego cherlaka, który był uzbrojony w tanto. Jednak źle je trzymał. I próbował ją zajść od przodu. W tym typie walki powinien zaskoczyć ją od tyłu.. Najwidoczniej był to nowicjusz. Przydusiła go porządnie, mimo 25 lat, słabej, wyglądającej na lichą, postury była dość silna. Napastnik się szamotał. Wycofywała się zwinnie raz w tył raz w bok, gdy pozostała trójka goryli próbowała ją dorwać. Jasna dupa. Miała tamtych ściągnąć pierwszych na ziemię, ale wyszło nie po jej myśli. Blondynek uwięziony w łańcuch na szyi opadł z sił. Chyba troszkę przesadziła. Ale oddychał. Rzuciła nim w bok.
- Wpierw nauczy się tym posługiwać! - warknęła, choć wiedziała, iż nie słyszy.
Wróciła do rzeczywistości. Jeden oprych trzymał się za krwawiące ramię. Dwóch pozostałych nie było nawet zmęczonych. Strzeliła kilkukrotnie. Jeden pocisk drasnął kolejnego draba w nogę, ale ten się nie przejął. Schowała pistolety do kabury. Szlag. Wydobyła noże myśliwskie. Rzuciła się na nich z dzikim krzykiem nie myśląc więcej o żadnej taktyce. Byleby ich pokonać. I wrócić do domu.
- Ciepła kąpiel czeka, dranie, nie mam czasu!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz