środa, 24 kwietnia 2013

Świat istoty płaskiej, cz.1

Leżała tak bezwiednie na łóżku. Wyglądała jak Śpiąca Królewna oczekująca na swojego księcia z bajki. Trzeba było jeszcze dodać to, że w pokoju panował kompletny bałagan i egipskie ciemności. Żaden książę tu nie zawita. Mogła najwyżej oczekiwać na niechluja równego sobie.
Pokręciła się leniwie z boku na bok. Prawy. Lewy. Prawy. Lewy. Na brzuch. Tak było jej zdecydowanie najwygodniej. Przynajmniej nie miała problemów z biustem i gnieceniem. W końcu osoby obdarzone ledwo miseczką A mają prościej w tej kwestii. Często zazdrościła dziewczętom posiadającym większe piersi, jednak natura postanowiła zrobić z niej niską, płaską dziewczynkę. Dosłownie - dziewczynkę. Dawano jej najwyżej trzynaście lat. Doszła już do stanu, gdy te komentarze ignorowała.
Ostatnio śniło się jej, że jest amerykańskim lotnikiem. Nosiła taki całkiem brzydki, w kolorze khaki, mundur. Nawet we śnie czuła jak pachnie stęchlizną. Aczkolwiek mógł być to nawet zapach z pokoju jej brata. Miał gorszy syf w pokoju niż ona. Przypominając o śnie.. Odbywała właśnie ostatni lot bojowy nad zajętymi przez Niemcy terenami Włoch. W dużej mierze na ten sen wpłynęła książka Josepha Hellera pod tytułem "Paragraf 22". I śniły się jej takie idiotyzmy. Raz most rozwaliła. Przynajmniej tak się jej wydawało i załodze. Jednak przez ogromne kłęby dymu, spowodowanego bombardowaniem z ich strony i odpowiedzią ze strony wrogiej, uniemożliwiły im rozeznanie w sytuacji. Dlatego postanowili wrócić do bazy i odpocząć grając w karty. Pili tam też herbatę miętową. Pal licho ten cel! I tak im się bomby skończyły. to czym niby by strzelali... gwoździami?
Tego samego dnia, po tym wojennym śnie, kupiła kolejną książkę Josepha Hellera, jednak nie przypadła jej zbytnio do gustu. Poczuła to już po pierwszych stronach. Nawet tytuł zamazywał się w głowie. Oddała książkę koledze, który niedawno mówił o tym, że właśnie tej brakuje do jego kolekcji. A znajdywał same dzieła tego autora w dość wysokich cenach. Dziewczyna miała szczęście i trafiła na zniżkę.
Nagle wyrwała się do góry. O masz Ci los! Dziś była umówiona. Z kim..? Sama nie wiedziała. Prawdopodobnie popadała w pogłębiającą się sklerozę, ale ze wszystkich sił to ignorowała. Na kartce nad biurkiem widniała duża kartka: "O 15, park." To stanowczo nie było jej pismo, dlatego musiał napisać to ktoś z jej bliskich znajomych, Ktoś kto wchodzi do jej pokoju, a ona się tego nie wstydzi. Były tylko trzy takie osoby.
Świstak - jej starszy o dwa lata brat, którego dawno temu uznała za homoseksualistkę, gdyż nie przyprowadzał nigdy żadnych koleżanek. I wcale nie obchodził ją fakt, iż od paru lat co jakiś czas wpadają do niego jakieś znajome. Ostatnio niejaka Barbara. Baśka. Strasznie jej nie lubiła. Była taka porządnicka. Dlatego za każdym razem, gdy ona miała nocować u Świstaka, który naprawdę nazywa się Albert, ów chłopak robił solidne porządki w pokoju, by nie zniechęcić dziewczyny. Jednak nie pokazywała się od dłuższego czasu. To pewnie po akcji z krzykiem.
A było to tak...
Teresa, bo tak główna bohaterka ma na imię, dowiedziała się, że przychodzi Baśka. Modnisia jak sto dwa. Pomogła bratu w porządkach twierdząc, iż przyda się jej to w przyszłości. Jednak do jej głowy wpadł pomysł, aby zostawić gazetkę Playboy'a pod dywanikiem w jego łazience. On sam nie wpadłby na pomysł zajrzenia pod tę ozdobę łazienki. Jednak Basieńka.. Tereska nigdy nie słyszała jak ona może tak głośno krzyczeć. Piskliwy okrzyk, jakby wojenny, rozszedł się po całym domu. I wkrótce wszyscy domownicy byli w pokoju, a konkretnie łazience, Świstaka. Matka pobladła. Drugi, starszy rok brat, śmiał się jakby zakrztusił się ropuchą. A ojciec.. Skwitował to tymi słowami:
- No, w końcu...
On również był przekonany, iż Świstak jest homoseksualny, ale nigdy tego na głos nie mówił, bo matuli serce by wyskoczyło z piersi. Najwyraźniej odetchnął z ulgą. Przecież przyprowadzanie koleżanek do domu wcale nie oznacza, że nimi się interesuje. Nawet gej ma przyjaciółki!
I Barbara raczej już nie wróci. To dobrze, gdyż czuła się strasznie przygnębiona faktem, iż ona ma biust. Aczkolwiek pocieszona tym, że biust wcale nie równał się inteligencji. Możliwe, iż jeszcze zatęskni.
Drugą osobą, która mogła zwiedzać łono jej pokoju była Ruda. Ruda jak to Ruda. Była ruda. Zgrabna, powabna. Jednak nie miała dużych piersi, więc Teresa ją lubiła. I miała piegi. Takie śliczne, bo jej nieziemsko pasowały. Ruda często wchodziła do jej domu całkowicie nieproszona, przeglądała zawartość lodówki, by na samym końcu spocząć na jej łóżku z porcją jedzenia. Ewentualnie na podłodze. Wtedy Teresa brała nogi za pas i chowała się w pokoju jednego z braci. Albo u rodziców. Nie zawsze miała ochotę na kontakty z ludźmi. Ogólnie należała do osób mało kontaktowych.
Ostatnią osobą, nie licząc węszącej wszędzie matki i jej ukochanego kota o szczytnym imieniu Baka, był Leon. Nie było to jego prawdziwe imię, ale brunetka mu ponad wszystko wierzyła. Nie znała jego nazwiska. A gdy próbowała za nim iść do jego domu specjalnie zbaczał w inne ścieżki. I łapał ją w pasie strasząc okropnie mocno, gdy przeszła obok skrzyni, kontenerów ze śmieciami albo czegoś podobnego. Rodzice Teresy uważali, iż wybrała sobie złego chłopaka i sprowadzi ją na złą ścieżkę. Nie byli nawet parą. Czasem tylko pocałował ją w najmniej odpowiednim momencie. I raczej dla zabawy niż ze względu na jakieś uczucia. A niestety raz, czy dwa matula złapała ich na takim "okazywaniu uczuć". Wtedy wieczorem zasiadali wszyscy razem przy stole i wybijali jej z głowy pomysł bycia z kimś z kim naprawdę nie była. Dawali za przykład Świstaka albo Marcina. Bo Świstak to układny chłopiec, który umiał sobie znaleźć porządną dziewczynę. Zaś Marcin nie szukał na siłę. To też dobrze.
Ktoś musiał być tą czarną owcą w rodzinie.
Rozmyślała tak nad tymi idiotyzmami, gdy przypomniała sobie o swoim spotkaniu w parku. Wybiegła z pokoju łapiąc jedynie wiosenny płaszcz, czarny i taki jak dla detektywa, ale bardzo go lubiła. Wyglądała w nim doroślej. I czuła się tak jakby piersi jej urosły. W biegu założyła jeszcze czarne trampki i wybiegła do parku.

niedziela, 21 kwietnia 2013

Początek najtrudniejszy.

Usiadłam na stole. Po turecku. Był dębowy i wysoki. Nowo kupiony. Pewnie dlatego czułam woń nowości. W gruncie rzeczy uwielbiałam ten zapach. Był o stokroć lepszy od woni kadzidełka, po którym bolał mnie łeb jak sto dwa.
Chwilę po tym jak rozmyślałam nad sensem swoich poczynań, sięgnęłam do tyłu po spory plik kartek i mazak. Czarny. Żeby było widać. Choć to nigdy nie wiadomo jak ta cholerna kamera mnie załapie. Złośliwość rzeczy martwych i te sprawy. Czego chcieć więcej? Oczywiście - żeby ta kamera spadła. No, bo kamera, z której można korzystać nigdy nie jest potrzebna. A jak się rozkwasi to wtedy musisz ją mieć żywą, bo sam zginiesz.
Tak idiotycznie.
Plik kartek ułożyłam na dużej książce, którą również wzięłam zza pleców.
Kocham ukrywać wiele rzeczy. A potem ich nie znajdywać. To takie normalne. Prawda?
Wzięłam mazak. Zdjęłam nakrętkę. I nakreśliłam pierwsze słowa. Do kamery. Bo jestem strasznie dziecinna i udaję niemowę. Bo w tych czasach tak trzeba. To taka oryginalność, tak mi się wydaje. Dlatego do nikogo nigdy się nie odzywam. No dobra. Do rodziców. Ale to tylko dlatego, że oni wiedzą o moim kuku-na-muniu i innych idiotyzmach wziętych z mojej głowy. Chociaż im tego nigdy nie wyznałam! Nigdy, nigdy, nigdy. Ale wiedzą. Oni są jak ta menda. Ta wsza łonowa. Gorszej świat nie znalazł. Tyle, że ich jest dwoje, więc sprawy są dwa razy groźniejsze. Mam nadzieję, że nigdy mnie nie wydadzą przed światem. Wtedy to chyba odcięłabym sobie język. I naprawdę byłabym niemową. Ale wolę nie. Nienawidzę bólu. Jak babcię kocham!
Wracając do mojego nagrywania. Chyba się za bardzo zamyśliłam i minęło z dobre pięć minut.
Podniosłam kartkę. Widniał na niej wielki napis "SHINRO'. Tak to był mój pierwszy film nakręcany kamerą.
Potrząsnęłam głową. Moje czerwone kłaki rozwaliły się jak w wariackim tańcu po pijaku. Cholercia. Odłożyłam zmarnowaną kartkę, poprawiłam włosy... i napisałam znów coś. Podniosłam kartkę. Napisane tam było: "Jestem SHINRO". Shinro to mógłby być nawet jakiś skrót, dlatego postanowiłam nie pomijać słowa "jestem".
Kręcenie filmików jest strasznie męczące. Ale postanowiłam się zebrać w sobie i napisać jeszcze parę rzeczy.
Nabazgrałam coś na kartce. To był szpital. Dziecko w takim rogalu, czy czym. I było nad nim moje imię. A właściwie moje wymyślone imię. W końcu moje prawdziwe imię brzmi całkowicie inaczej. Narysowałam ów znaczek urodzenia. Nie wiem jak go inaczej nazwać. "29 kwiecień 1998". Spojrzałam na kartkę i jak oparzona przekreśliłam liczbę osiem. Głąb kapuściany! Nikt nie znalazłby słów na mnie. Zaraz sprostowałam swój błąd i znów uniosłam kartkę na wysokości piersi, by ukazać obiektywowi znaczną zmianę. "29 kwiecień 1997". Nienawidzę jak mnie odmładzają.
Co ja poradzę, że mam dziecinną gębę!? I się nie maluję. Trudno. Lubię siebie. Ale jak ktoś daje mi trzynaście lat... hoho. We mnie kipi. Ale tego nie okazuję, bo w końcu chcę być układną dziewczynką, która nikogo nie bije. Pardon. Dziewczyną. Ewentualnie młodą kobietą, ale.. sama nie wiem. Do bycia młodą kobietą jeszcze nie dorosłam. Postanawiam zostać zwykłą dziewczyną.
Bazgram dalej.
I jest. Cudny napis: "Kocham koty, ale nie mam w domu żadnego."
Nie mogłabym tak ważnego szczegółu swego życia pominąć. Kocham koty i basta. Chcę jednego do domu, ale.. jak przekonać rodziców, którzy odpowiadają mi na moje prośby, że sama mam kota w głowie? Nijak. Więc na razie mam psa. Właśnie się pałęta pod stołem. Ale ignoruje go. Bo przecież nie zrezygnuję z kręcenia swojego pierwszego niemego filmu. Z resztą - po co mam latać za nim jak ten mnie tylko gryzie.
Właśnie zabierałam się za napisanie kolejnej kartki, gdy usłyszałam:
- Chodź po sztućce!
Zmarszczyłam brwi. Będzie to trzeba wyciąć. Ale nie wiem jak. Nie mam żadnego doświadczenia w obróbce filmików. Raczej będę musiała zacząć od początku. Cholera by wzięła moją rodzicielkę. Zawsze wie kiedy...
- Idziesz Ty!?
Ponagla mnie.
Odkładam kartki. Leniwie zeskakuję ze stołu. Dalej nic nie mówię rozmyślając o swej idiotycznej samotności. Podchodzę do kamery na statywie, by ją wyłączyć. Wyłączam.
- Nie będę czekać do jutra!
Ah, nie da mi nawet wyłączyć mojego sprzętu. Co za kobieta. Nie chcę, żeby się rozładował bez potrzeby. Sztućce nie muszą być ładowane. Kamera - owszem.
Wyszłam z pokoju. Pies poczłapał za mną jak wariat jakiś.
A to niby ja jestem pieprznięta. Mogliby spojrzeć na tego psa. Lata bez potrzeby w tę i z powrotem.
Jestem całkiem normalna.
Tylko kocham koty.
Tak.