wtorek, 30 lipca 2013

Życie na nudę #4

23 czerwca 2005 rok

Jest mi trochę przykro. Tash w piątek idzie do pracy. Jest poniedziałek. Znów będę musiała tłuc się tam sama. Ma dla mnie wiele czasu, ale odczuwam brak pojawiania się w moim powoli odnawiającym się życiu.



Wiedziałem, że jej bardzo często odmawiam, ale prowadziłem życie dość inne niż ona chciała. Wychodziłem na imprezy, ale nie tak często jak Lili. Ostatnim razem jak z nią byłem nie zastaliśmy jej nowych znajomych. Tłumaczyłem jej, że tak się zdarza. Zrozumiała to. Jednak nie potrafi zrozumieć, że chodzę do pracy, pomagam w domu i jestem też zmęczony. 
Jednak 28 czerwca przebiła samą siebie. Kończyłem pracę o 24, dlatego obiecałem jej, że ją odbiorę. 
Z daleka zobaczyłem Lilinette ubraną w luźną, czerwoną sukienkę. Podtrzymywała ją na swoim ramieniu jakaś brunetka. Wyskoczyłem z auta. 
- Co się stało?
Byłem w lekkim szoku. Zielone oczy nieznajomej spojrzały po mnie z nadzwyczajnym spokojem. 
- Upiła się. - odpowiedziała cicho. 
Uniosłem lekko brew. Pamiętam mój szok jak dziś. Czy ona oszalała? Nigdy, przenigdy Lili nie zrobiłaby czegoś takiego. Byłem pewny, że jej nowi znajomi tak na nią wpływają. Odebrałem od niej przyjaciółkę.
- Dziękuję... - wymamrotałem.
Nieznajoma tylko kiwnęła głową.
- Paaaa.... Elenko. - Lili wybełkotała z nadzwyczajnym rozbawieniem słowa pożegnania, po czym zamilkła i pobladła. 
Zanim odjechaliśmy Lilinette musiała parokrotnie zwrócić zawartość żołądka. Wyglądała strasznie. W aucie praktycznie leżała jak odurzona narkotykiem a nie alkoholem. To była tragedia. Mimo ogólnego zmęczenia postanowiłem odwieźć ją do domu i zostać na noc. Zachowywała się dość otępiale. Nigdy się nie upiła i to mnie nieco dobijało. Dodatkowo jej rodziców nie było w domu przez kilka dni a ich córeczka w najlepsze opijała zakończenie drugiej klasy liceum. 

30 czerwca 2005 rok

Tash oszalał ostatniej nocy! Nie, dnia. Chodziło mi o dzień, tak. W prawdzie nie pamiętam za bardzo piątkowej imprezy, ale wiem, ze wczoraj się czułam tragicznie miotana pierwszym w życiu kacem. Ale nie.. on musiał jeszcze na mnie nakrzyczeć. Wpierw powiedział, że przeze mnie nie spał całą noc, choć był wykończony po pracy. I musiał zwolnić się na sobotę, bo by nie zdążył. To mógł mnie zostawić! Nie musiałby zwalać całej winy na mnie... 
A więc... W piątek zrobiłam...

[...]

.. pamiętam tylko moment, jak weszłam do klubu, spotkałam Melo i Kawasakiego. Tańczyliśmy. Dostałam parę drinków. I potem się obudziłam w domu. Z kosmicznym bólem głowy i suchością w ustach. Całkiem nieprzyjemne doświadczenie. Ciekawe czy tak będzie zawsze. Tash siedział na moim fotelu i wlepiał głupio wzrok w podłogę. 
- Dzień dobry... - mruknęłam na powitanie, jednak odwzajemnił mi to tylko zimną ciszą.
Na raz wybuchnął:
- Postradałaś zmysły!? 
Rozszerzyłam lekko powieki. O co mu chodziło?
- W domu nie masz rodziców... latasz po jakichś klubach z ludźmi, w gruncie rzeczy, całkowicie obcymi. Obiecuję Ci, że odbiorę Cię z dyskoteki... Przyjeżdżam i widzę cię wspartą i szczebioczącą jak głupia w objęciach jakiejś dziewczyny, której strój przypominał mi prostytutkę. 
- Nie obrażaj Eleny! 
-... daj mi skończyć. - warknął.
Bolała mnie głowa tak mocno, że nie wszczęłam większej awantury. 
- Po pierwsze, rozumiem, że chcesz mieć ciekawsze życie, ale mogłabyś znaleźć sobie ludzi, którzy by cię nie spijali jak prosiaka. Po drugie, właśnie... przesadziłaś stanowczo z alkoholem. Nie znasz słowa "nie"? I ostatnie jesteś tak głupia... Czy pełnoletność odbiła ci palmą na umyśle?
Uniosłam wtedy na niego wzrok i najzwyklej w świecie się roześmiałam, choć był to śmieć pełen złości, rozbawienia i smutku. Co za palant.
- A nie mogę? Chcę robić to na co mam ochotę. Nie zabronisz mi. Mam osiemnaście lat i...
- ... siano we łbie. Tak?


Lili rzuciła się na mnie niczym bestia. Była zła na moje pełen prawdy słowa. Wiem, chciała się bawić, ale mogła robić to jak cywilizowany człowiek. Już wtedy miałem złe przeczucia co do jej ekstremalnego trybu życia, który chciała wprowadzić w istnienie.
Nie uderzyłem jej, choć ona okładała mnie równo wykrzykując jakim jestem idiotą i niemiłym człowiekiem. Była bliska łeb, ale to była tylko i wyłącznie jej wina. Chciałem, aby nie zatopiła się w tym wszystkim za bardzo. Wtedy już czułem, że szykuje się coś złego. 

Wyrzuciłam go z domu. Nie mogłam na niego patrzeć. Jak on śmiał być taki dla mnie? Podobno byliśmy przyjaciółmi od dzieciństwa. Więc... czemu mnie nie rozumiał? Potrzebowałam tylko rozrywki. Czy jeden raz jak się upiłam coś zmieniał? 
- Wyjdź, proszę. 
Rzekłam sucho wracając do łóżka. Okryłam się szczelnie kołdrą. Słyszałam tylko jak wychodził. 

sobota, 27 lipca 2013

Życie na nudę #3

10 czerwca 2005 rok

Spotkałam się z Melo, tak jak miałyśmy to wcześniej umówione. Zazdroszczę jej domu. Jest taki duży i wszechstronny. Ma pięć pokoi, z czego dwa są gościnne. Każdy z trzech pokoi. nie będących gościnnymi. ma swoją osobną łazienkę. Jest jeszcze czwarta łazienka, z której korzystają osoby śpiące w pokojach gościnnych. Wszystko jest schludne. A duży salon pomieściłby z trzydzieści osób w swoim wnętrzu. Nic nie obchodzi kurz, gdyż dom Harukich jest regularnie sprzątany przez ich dwie, osobiste sprzątaczki. Nie mogę zapomnieć dodać, iż rodzeństwo mieszka w całkowitym odosobnieniu od rodziców, co mnie nieco zdziwiło. Mają dopiero po 20 lat, a już mieszkają sami. Szokujące. I dorobili się czegoś takiego... Chciałam dowiedzieć się czegoś więcej o rodzicach Melo, jednakże zdradziła mi tylko, iż mieszkają pięćset kilometrów od Minton. A potem zamilkła na moment i zaczęła oprowadzać mnie dalej po domu. 
Jej pokój był dość duży. Znajdował się na piętrze. Ściany miała w kolorze soczystej czerwieni, na podłodze leżały całkowicie białe panele. Meble również były białe, aczkolwiek klamki przetykane były równie rażącą czerwienią. I lampa też była czerwona, aby nie przesadzić z bielą. Zasłony były grube, białe przetykane wzorzystymi kwiatami, które bardzo mnie zainteresowały. Melo spała na wielkim łożu, które było w momencie mojej wizyty rozbebeszone. Ogólnie rzecz biorąc dużo rzeczy walało się po podłodze. Często widziałam przedmioty nieznanego mi pochodzenia. Jednak mimo bałaganu pokój sprawiał wrażenie pięknego. Też chciałabym taki. 
Nie wchodziłyśmy do pokoju Kawasakiego ani do jego domowego biura. Dane było mi tylko dowiedzieć się, iż są to jego wyznaczone w domu miejsca i ich naruszać absolutnie nie wolno. Chyba, że sam zaprosi. Dlatego musiałam nacieszyć się jedynie widokiem dębowych drzwi. 
Kuchnia nie różniła się niczym od mojej, więc nie będę jej opisywać. To samo tyczy się łazienek. Jednak te części domu są jak najbardziej powszechne w każdym, nawet najbogatszym domu. Różnił się jedynie kolorami i wzornictwem kafelek łazienkowych oraz paneli naściennych w kuchni. 
Byłam tak podekscytowana. Niestety o godzinie osiemnastej Melo mnie pożegnała. Przez trzy godziny podziwiałam tylko jej dom zamieniając z nią parę słów dotyczących wystroju. Wypytała mnie też trochę o to, co chciałabym zmienić w swoim życiu. Niezaprzeczalnie odparłam, że wszystko. 
Nie mogę doczekać się kolejnej wizyty. 


21 czerwca 2005 rok

Dziś zostałam ponownie zaproszona do domu Harukich. Tym razem przyjął mnie Kawasaki razem z Melo. Oraz czarnowłosą pięknością, którą szatyn obejmował w pasie. Od razu zrozumiałam, że musi być to jego dziewczyna.
- Nazywam się Miriam. - powiedziała miękko, po czym wyciągnęła śnieżnobiałą dłoń w moim kierunku. Uścisnęłam jej dłoń.
- Lilinette Scott. - kiwnęłam głową z lekkim uśmiechem.
Siedzieliśmy przy długim stole, ja obok Melo a na przeciw nam Kawasaki i Miriam. Rozmawialiśmy dość przyciszonym tonem głosu, choć nie wiedziałam dlaczego. Większości rozmowy nie pamiętam, ale wiem, iż była dość luźna, a Miriam bardzo rzadko się odzywała. Często zastanawiałam się, czy szatyn nie zabrania dziewczynie odzywać się w towarzystwie, jednak nic na to nie wskazywało. 
Wypytali mnie o to ile mam lat. Tak, wcześniej zapomnieli o to spytać, choć wspominałam im to naszego pierwszego dnia znajomości w klubie. Sklerotycy.
- Nazywam się Lilinette Scott, jak wiecie. Mam osiemnaście lat. Mieszkam w tym samym mieście co wy, czyli Minton na ulicy Waszyngtona o numerze siedemdziesiąt pięć. Interesuję się rysowaniem. Czytam. Ale chcę zmienić swoje życie na ciekawsze.
Ten fragment chyba powtarzałam z milion razy. Za każdym razem wydawało mi się, że Melo jest jakby pijana. Wcześniej w jej domu miała to samo odczucie, ale nie mówiłam nic na ten temat. W końcu to było jej życie, a ja matką szatynki nie byłam. 
Potem Kawasaki razem ze swoją siostrą wyszli gdzieś pilnie i pozostawili mnie z Miriam na całkiem długie pół godziny sam na sam. Rozmawiałam z nią.
- Co myślisz o tym domu? - spytała nagle. 
- Jest całkiem ładny. Wszystko jest takie duże, piękne. Czasami wyidealizowane. Ale zazdroszczę. A Ty co myślisz?
- Uh, myślę, że jest to ładne miejsce. Chciałabym mieć kiedyś taki dom, lecz muszę mieszkać w moim małym mieszkanku. - odparła z lekkim uśmiechem. 
- A to źle? Lepiej mieć własne niż żadne. 
- Nie mówię, że źle. Po prostu dla kobiety w wieku dwudziestu dwóch lat to nieswojo mieszkać samotnej w kawalerce, ale taki mój los. - wymamrotała cicho. Mówiła całkiem przyjaźnie, acz nie umiałam wydobyć z niej co robi w swojej pracy. Nie naciskałam. 
- W gruncie rzeczy masz rację, choć ja jeszcze się uczę. - wymamrotałam dość nieśmiało. 
- Ucz się, to bardzo ważna część życia, żebyś potem się nie zmarnowała.
Miriam mówiąc to gładziła smukłymi palcami ciężki naszyjnik zwisający jej na obfitą pierś. Wyglądała niczym dama ze śnieżnobiałą skórą, czarnymi jak heban włosami i idealnie dopasowanym ubiorę, a także ozdobami. Gdyby postawił ją ktoś obok jakiejś księżniczki z bajki dorównywałaby jej nieskazitelną urodą i figurą. 

I tak minął ten dzień. Jutro będę musiała porozmawiać z Tashem. Jestem ciekawa, czy mógłby pojechać ze mną w piątek do klubu. Umówiłam się z bliźniakami, ale chciałam, aby poznali mojego przyjaciela. Znając życie będzie mieć znów wymówki albo był ostatnio, kiedy ja nie miałam czasu... Zobaczy się.

środa, 24 lipca 2013

Maraton uwodzenia

Niepostrzeżenie zahaczyła opuszkami palców o ramię chłopaka, po czym oddaliła się powabnym krokiem. Wyglądała niczym giętka wić. Kołysała się z boku na bok harmonijnie poruszając biodrami. Stawiała przy tym kroki krótkie, lekkie i ciche. Dłonie miała małe, acz smukłe. Na paznokciach miała zieleń najbardziej intensywnych traw wschodzącej wiosny. I delikatny, złoty pierścionek opasający palec serdeczny.
Dziewczyna swoje kroki kierowała w stronę cienia na obszernym ogrodzie przyłączonym zaraz do hotelu. Zgrabnie przysiadła na trawie. Czerwień jej zwiewnej, krótkiej sukienki opadła dookoła. Odchyliła lekko głowę w tył. Szukała wzrokiem kochanka. Kusząco, choć stanowczo, drgnęła dłonią przywołując go do swego boku. Oczy w kolorze jaspisu agatowego drgnęły delikatnie. Zmrużyła powieki. Czekała.
Młodzieniec oblizał usta zachęcony drobnymi gestami. W jego oczach widać było pożądanie. Chęć szybkiego złapania młodej kobiety w swe ramiona. Wpicia się w jej wydatne usta. Obadania każdego skrawka mlecznej skóry. Ucałowania porcelanowych policzków.
Ruszył. Wolnym krokiem. Z góry przyglądał się opadającej na trawę dziewczynie. Uniosła lekko nogi, poruszyła nimi zgrabnie wyginając przy tym stopy w łagodny łuk. Opuściła je. Zachęcała chłopaka dalej. Przekręciła się na brzuch, dźwignęła ciężar ciała na dłoniach wspartych o chłodną trawę. Hebanowe włosy, rozwichrzone, opadły lekko na prawej połowie twarzy. Wyglądała jak dzika tygrysica oczekująca swego tygrysa. Przeciągnęła się, dzięki czemu jej tułów opadł, a pierś oparła się o grunt, zaś biodra uniosły się niebezpiecznie ku górze. Ten gest uwydatnił jej pełne pośladki. Młody mężczyzna zbliżył się do niej wystarczająco, aby dotknąć pupy niewiasty. Ku jego niezadowoleniu zdążyła opaść na ziemię i przekręcić się odrobinę dalej. Spojrzała nań kocim wzrokiem. Usiadła ze stopami podwiniętymi pod pośladki. Oczekiwała.
Mężczyzna opadł na ziemię, po czym przysunął się do niej najłagodniej jak umiał, aby nie spłoszyć swej zwierzyny. Spojrzał na nią aksamitnymi oczyma antylopy. Wyciągnął się, a zębami zahaczył o płatek ucha ofiary. Drgnęła niespokojnie robiąc minę godną męczennicy.Uczuła jak dłonie kochanka łapią ją w pasie jak najdelikatniejszą wić. Mimo wszystko gest ów był dość silny, aby opadła ona bezwiednie na ziemi pod nim.
Ustami obadał każdy milimetr jej twarzy, by ostatecznie wpić się w słodkie usteczka najdroższej.
Dłońmi zarysował kształty ciała młodej kobiety okryte pod materiałem. Kąciki ust drgnęły mu w niepohamowanej chwili tryumfu. Dziewczyna zaś pozostała ze swym namiętnym spojrzeniem ubóstwiając mimikę twarzy łowcy.

Co było dalej... To zakryły krzewy róż, które posadzono akurat w tym miejscu. Rosły obficie, dlatego nie dojrzał tego nikt. Chyba, że sobie wyobrazisz, drogi widzu, jak łagodna tygrysica wpadła w łapy kochanka pośród chłodu ogrodowego cienia.

niedziela, 21 lipca 2013

Życie na nudę #2

Przez wiele dni chodziła za mną dopytując mnie jak to jest wyjść na dyskotekę, co można, a czego nie. Byłem troszkę rozbawiony, gdyż kumulowała informacje tak, jakby miała iść na bankiet, a nie na zwykłą imprezę. Uśmiechałem się tylko głupio i mówiłem, by ubrała się ładnie i zachowywała jak chce. Byleby nie zrobiła z siebie wariatki, ale u niej trudno było o coś tak śmiesznego.
Po tych paru dniach rozpoczęła etap proszenia mnie, abym z nią poszedł. Odmówiłem za pierwszym razem. Dzień, który sobie wybrała był dniem mojej pomocy rodzicom w ogrodzie. Lubiłem wychodzić, jednak pomoc rodzicom też dla mnie była ważną rzeczą. Robiła tylekroć smutne oczy, błagała i narzekała. Nie uległem. Obiecałem, że zawiozę ją i odbiorę.

1 czerwca 2005 rok

Niestety, ten głupek Tash musiał wybrać formę ogródkowania, ponieważ nie może pomóc, niedoświadczonej w takim typie życia, dziewczynie. Rozumiem - obowiązki. Ale ten jeden wieczór mógł mi podarować. 

3 czerwca 2005 rok

Myślałam nad tym całym wyjście. Ostatecznie doszłam do wniosku, iż potraktuję to jako przygodę. Czemu nie? W końcu chciałam doświadczyć tego nowego. Tyle, ze doświadczę tego całkowicie samodzielnie. To będzie dobre. Tak myślę.
Porozmawiałam z rodzicami. Nie wyrazili dezaprobaty, a nawet stwierdzili, że to będzie dobre doświadczenie dla osiemnastolatki.

6 czerwca 2005 rok

Wczoraj byłam na dyskotece! Było cudownie. Chociaż.. na początku nie było wcale tak kolorowo. Oczywiście przed samym wyjściem pochwaliłam się Tash'owi co ubrałam. Nie mogłam się powstrzymać. 
Od razu po szkole wbiegłam do domu, pochłonęłam łapczywie obiad i.. zabrałam się za kompletowanie stroju. Aczkolwiek ostatecznie ubrałam moją ulubioną sukienkę w kolorze soczystej trawy. Podobno pasuje mi do oczu. Są zielone z dodatkiem szarości i żółci. Wybrałam do tego czarne szpilki, jedyne jakie miałam. Nosiłam je zwykle od święta, na zakończenie i rozpoczęcie szkoły. Bardzo rzadko. Mimo wszystko umiałam na nich chodzić i dobrze, bo spaliłabym się ze wstydu, gdybym upadła tuż przed wejściem jak długa. Albo wpadłabym na pomysł, żeby iść do klubu w takiej ładnej sukience i wychodzonych trampkach. Nie zapomniałam o sweterku na powrót do domu. 
Umalowałam się odpowiednio do sytuacji, choć nie zbytnio krzykliwie, gdyż nie miałam wprawy w takim dyskotekowym makijażu. Nawet spróbowałam i stwierdziłam, że wyszło mi to krzywo, śmiesznie i niedokładnie. Pies by się uśmiał. 
Przebrałam się szybko, ubrałam szpilki. Złapałam sweterek i torebkę, po czym po dziewiętnastej wyleciałam z domu. Tash zadzwonił do mnie, że już czeka i mam się spieszyć.

W klubie było sporo ludzi. Muzyka, gwar. Ludzie tańczyli, pili. Często wychodzili na papierosy. A ja czułam się całkiem niekomfortowo. Czyżby tylko nudne życie pasowało do mnie? Sama nie wiem. Wiem jedynie, iż wpadłam na wielu ludzie. Za każdym razem przepraszałam, lecz nie umiałam rozpocząć żadnej produktywnej rozmowy, nawet śmiesznej rozmówki. Nikogo nie mogłam poznać. Czułam się tragicznie. Dlaczego tak zawsze musi być jak próbuję czegoś nowego? Nie mogłam nawet tańczyć, bo z własnego doświadczenia wiem, że szło mi to miernie. Może w gronie jakichś nowo poznanych ludzi roztańczyłabym się, jednak szło mi źle w tłumie w całkowitej samotności. Metoda uczucia zaginięcia i niewidoczności w grupce poznanych lub znanych osób była najlepsza. 
Przez dwie godziny błądziłam jak głupia pomiędzy ludźmi. Byłam gotować nawet zadzwonić już po Tasha. Miałam dość, a do wyznaczonej północy pozostała jeszcze połowa czasu. Doskonale czuła, iż wielu ludzi mnie obserwuje. Pewnie myśleli, że jakiś nieudacznik przyszedł na dyskotekę i chce cokolwiek zrobić ale nie wychodzi. Wiem, że jedna para oglądała mnie przez bardzo długi czas, a gdy próbowałam zniknąć z ich pola widzenia oni również się przemieszczali. W jednej chwili dziewczyna tanecznym krokiem wpadła na mnie, po czym najzwyklej w świecie porwała mnie w taniec. Szło mi makabrycznie, jednak pozwoliłam jej prowadzić. Po piętnastu minutach zaciągnęła mnie siłą w kierunku chłopaka, który okazał się zdumiewająco podobny do niej. 
- Ah, powinnam się przywitać. - wymamrotała do mnie szatynka. - Jestem Melo. A to jest Kawasaki. Jesteśmy z domu Haruki. - mówiąc to szczebiotała jak głupia, co mnie nieco irytowało, zdecydowanie wolałam gdy milczała. - Jesteśmy rodzeństwem, bliźniaki, o. - oczywiście nie mogła powinąć bardzo ważne faktu, ale przynajmniej wiedziałam skąd tak uderzające podobieństwo, którego tajemnicy sama domyśliłam się parę chwil wcześniej. 
Szatynka ubrana była w obcisłą, krótką sukienkę o barwie świeżych maków. Nie popisała się butami na obcasie, gdyż bez nich była dość wysoka. Czułam się w prawdzie równa na ten moment, ale po ściągnięciu moich szpile byłabym maleńka. Jej brat, Kawasaki, ubrany był w zwykł garnitur z krawatem odpowiadającym kreacji siostry. Był on jeszcze wyższy. Emanowało od nich dziwne poczucie wolności i swobody, nikt im nic nie bronił.
Rozmawiałam z nimi przez  trzy kwadranse, gdy odezwał się ów młody mężczyzna:
- Chciałabyś może drinka? - mruknął, po czym dodał: Ja stawiam. 
Spojrzałam na niego powstrzymując się od totalnie głupiej miny. Nigdy nie piłam, a całkowicie obcy człowiek proponował mi napój alkoholowy od tak sobie. Zdziwiłam się, jednak odpowiedziałam "chętnie" siląc się na całkowite rozluźnienie, tak aby wyglądało to jak coś normalnego w moim życiu. Mam nadzieję, że to wyszło.
Potem nastąpiła dość długa rozmowa.
- Dlaczego tu przyszłaś? Wyglądasz na całkowicie niewinną, bezbronną.. taka malutka dziewczynka z dobrze ułożonej rodziny. - wybełkotała lekko spita Melo, miała najwyraźniej słabą głowę. Ja mojej wytrwałości jeszcze nie znałam, bo piłam dopiero drugiego drinka i na więcej raczej nie miałam chęci. - Moim zdaniem powinnaś teraz siedzieć w domu.. pisać taki sobie pamiętniczek albo oglądać serial w tv i zazdrościć ekranowym ludziom ich życia...
Zmarszczyłam lekko brwi, gdyż nigdy takich seriali nie tolerowałam i najgorsze z tego wszystkiego było to, iż z tym mnie właśnie kojarzyła imprezowiczka.
- Właśnie przyszłam tu po to, żeby zmienić swoje życie. - odburknęłam zezłoszczona.
Tak, potrafiłam być szorstka w kontaktach. 
Szatyn uniósł leniwie oczy na mnie.
- Co masz na myśli, Lilinette?
Nie omieszkał użyć mego pełnego imienia, nawet do swojej siostry mówił jakoś inaczej, chociaż w tym całym gwarze brzmiało to całkowicie niezrozumiale, ale swoje imię dostatecznie dobrze mogłam wysłuchać.
- To, że potrzebuję zmian w życiu. Nienawidzę nudy, której przez tyle lat otrzymałam. Nienawidzę siedzenia w domu przed telewizorem. Nie oglądam dodatkowo seriali. Chcę mieć.. zabawniejsze życie. Potrzebuję czegoś nowego i ekscytującego. 
Mówiłam tak szybko, jakbym strzelała z karabinu maszynowego. Nawet nie zdążyłam złapać oddechu pomiędzy zdaniami. Melo zdziwionym, spitym wzrokiem przyglądała się mi, gdy mówiłam w zaskakująco szybkim tempie. Nie wiem, czy cokolwiek zrozumiała. Mimo wszystko dziewczyna spojrzała wyczekującym wzrokiem na swojego brata. Musiałą unieść do tego głowę, przez co wyglądała na niższą niż stworzyła ją natura. Kawasaki również spojrzał na siostrę, po czym odetchnął. 
- Proponuję ci.. trochę zmian w życiu. Mogę sprawić, że Twoje życie będzie ciekawsze. Co o tym myślisz? 


Ten wieczór był niezapomniany. Potem przyjechał po mnie Tash. Opowiedziałam mu o tym, iż poznałam dwójkę dość sympatycznych ludzi,z  którymi umówiłam się na imprezę na przyszły tydzień. Melo zaprosiła mnie również w tygodniu, chociaż nie podała mi adresu, ale wymieniłyśmy się numerami. Miała do mnie zadzwonić. 
Mój przyjaciel jest ze mnie dumny. I teraz nie tylko on umie wyjść do jakiegoś klubu! 

środa, 17 lipca 2013

Życie na nudę #1

15 maj 2005 rok


Dziś skończyłam osiemnaście lat. Normalny człowiek cieszyłby się z takiej okazji, ale.. jest na zegarze 23:30. Siedzę trzeźwa. Całe życie nie wypiłam nawet kropli alkoholu. I nie mam wielu przyjaciół ani znajomych, którzy chcieliby hucznie obejść ze mną tą specjalną urodzinową datę. Rodzice już śpią. Tash poszedł do domu około 22, ponieważ piętnaście po miał jechać ostatni autobus. Normalnie zostałby na noc, jednak jutro zdaje na prawo jazdy, dlatego uściskałam go, życzyłam powodzenia i pożegnałam. Ma jutro powiedzieć mi jak poszło, czy zdał.
Dzisiejszy dzień był bardzo nudny, jak wiele tych za mną. Jednakże postanowiłam zmienić wiele przyszłych dni, dlatego wzięłam ten zeszyt i zaczęłam pisać pierwsze słowa. Chcę pokazać światu, że z nudnego życia można stworzyć coś naprawdę intrygującego!
Mimo wszystko mogę zacząć od nudnego opisu mojej super, extra nieciekawej 18-nastki.

Wstałam jak zawsze w dni szkolne o 6:30. Zjadłam śniadanie, zajęłam się poranną toaletą, wybrałam ubranie. Ściągnęłam warstwę nocnych łaszków, naciągnęłam dzienne. Ułożyłam.. nie. Tylko rozczesałam włosy. Dopiłam stygnącą od 30 minut herbatę i umyłam zęby. Nienawidzę mieć brudnego uzębienia, to takie frustrujące wyjść w takim stanie.
Wracając do mojej z deka nudnawej opowieści.
Spakowałam książki, wybiegłam z domu nie żegnając się nawet z rodzicami, gdyż byli już w pracy. Mieli być w domu około 15. Wleciałam do autobusu jak z procy wystrzelona, prawie mi uciekł. I takim oto sposobem przeżyłam wiele lekcji w szkolnych ścianach.
Najbardziej nużyła mnie chemia, bo zawsze kobieta unosi wzrok i mówi do sufitu, a nie do nas. Wtedy rysuję po okładce albo wyciągam jakąś czystą kartkę. Belferka nawet nie przejmuje się tym, że większość klasy robi coś innego i nie zapisuje nawet tematu. A reszta lekcji była taka jak zwykle.

Do domu wróciłam chwilę przed 15. Nie było ostatniej lekcji. Miałam parę minut dla siebie w ciszy i spokoju, potem przyszli rodzice. I Tash o 16. Zjedliśmy obiad a'la rodzinny, pośmialiśmy się i w ogóle. Następnie mama przyniosła mój ulubiony tort truskawkowy. Zapaliła świeczki. Zaśpiewali mi "sto lat", byłam troszkę skrępowana jak zawsze. Każdy złożył mi życzenia i wycałował policzki. Pożywiliśmy się. Nie narzekałam za wszechobecną nudę, gdyż moi rodzice byli wrażliwi na tym punkcie, nie chciałam, aby doszła awantura o byle co.

W końcu nadeszła pora prezentów. Liczyłam na coś ekstrawaganckiego, ale się przeliczyłam. Od rodziców dostałam parę kolczyków ze srebra w kształcie liści lipy. Zaś od Tasha łańcuszek ze srebrną kulką przeszywaną zielonymi drobinkami. Podziękowałam. Uścisnęłam wszystkich.

Wieczorem, gdy siedziałam z przyjacielem w moim pokoju w końcu postanowiłam powiedzieć mu co mnie trapi.
- Tash, wiesz co.. - zaczęłam cicho, chłopak skierował swój wzrok na mnie. -.. zawsze chciałam prowadzić zabawniejsze życie.
- W jakim sensie?
- No, potrzebuję jakichś widocznych zmian w życiu. Popatrz.. skończyłam dziś osiemnaście lat. A co robię? Spędzam te urodziny z rodzicami i tobą. Nie narzekam, że Ty tu jesteś, bo to dobrze, mam z kim pomówić o tym co mnie trapi. Jednak..
Przerwałam na parę sekund, aby złapać oddech i skumulować wszelkie myśli.
-.. doszłam do wniosku, że każdy rok, dzień mojego życia był przesiąknięty do szpiku nudą. Chcę robić wiele ciekawych rzeczy. Poznawać ludzi i zacząć czerpać z życia.
Tash pokiwał wtedy wolno głową, po czym uśmiechnął się w ten najprostszy u niego sposób. Wcale nie zdziwił się moimi słowami, ale to dobrze. Przynajmniej może mi cokolwiek doradzić.
- Proponuję na pierwszy ogień jakiś klub. Wiesz.. tanie, dużo ludzi. Może poznasz kogoś ciekawego
Patrzałam na niego długi czas. Nie wiedziałam, czy przystać na ten pomysł.

niedziela, 14 lipca 2013

Życie na nudę #0

Herman Hesse

.. lecz niestety, Ty, droga Lilinette, wybrałaś drogę po cieniu świata. 

Nie piszę tego, aby ją ośmieszyć, wyszydzić, czy zbłaźnić jej życie. Opowiadam jedynie o losach mojej kochanej przyjaciółki z dzieciństwa. Znaliśmy się prawie całe życie. Od czasu piaskownicy, aż po szkołę średnią. Byliśmy blisko, choć nie byliśmy razem. Kochaliśmy się jak brat i siostra mogą najbardziej. Sprzeczaliśmy, obrażaliśmy, jak również wspieraliśmy. Gdy się nie widzieliśmy pisaliśmy sms'y albo chatowaliśmy. W trakcie choroby jedno drugiemu przynosiło coś na osłodzę, a także, by dotrzymać towarzystwa. Uwielbiałem te chwile. Były takie sielskie. Pozbawione wszelkiego zła świata. 
Te czasy trwały z piętnaście lat. Potem nadeszły jej osiemnaste urodziny. I tak minął straszny rok, który zwieńczył się złym zakończeniem historii. 
Chcę w tej historii pokazać, iż nie każda rzecz pasuje do słowa "zabawa" i "barwniejsze życie". Jest to moja osobista przestroga, dzięki tym wydarzeniom będę mieć uraz do końca moich dni. 
Opowiadam tu o losach dziewczyny imieniem Lilinette Scott. Jest to w prawdzie jeden rok z jej życia, rozpoczęty w dniu jej osiemnastych urodzin, aczkolwiek opisuje więcej niż całe życie przeciętnego człowieka. Mówi o wiele więcej i ostrzega do czego może doprowadzić nie rozumienie zabawy. Tę historię mogę opowiadać poprzez własne doświadczenia, lecz brałem w nich udział jedynie na samym początku i szarym końcu. Dowiaduję się wiele z pamiętnika Lili, który otrzymałem od jej rodziców, zawarła w nim wiele rzeczy, o których nie wiedziała nawet jej dobra znajoma Miriam od czasu "zmian".
Nie chcę, aby kogokolwiek spotkała taka przygoda.

Tash Helix






* Historia jest jak najbardziej nieprawdziwa. Poruszam w niej jedynie moje własne odczucia dotyczące tytułowej zabawy życiem. Wszystkie opisy, imiona, nazwiska i miejsca są wymyślone. 

piątek, 12 lipca 2013

Świat Istoty Płaskiej, cz. 2

Minęła w biegu kilka niepozornych uliczek. W biegu mruknęła do jednego sklepikarza "dzień dobry" w odpowiedzi na jego powitanie. Jako, że droga nie była zbyt krótka wbiegła do małego sklepiku, gdzie kupiła sobie pączka. I bilety na autobus. W końcu bieg do parku nie był wcale dobrym pomysłem. Nie zdążyłaby na 15 choćby nie wiedziała co. Spojrzała na zegar przymocowany wysoko do słupa. Wskazywał czternastą minut trzydzieści pięć.
Autobus linii B nadjechał. Wsiadła do środka, skasowała bilet, po czym zajęła wolne miejsce przy oknie. Na szczęście nie świeciło za mocno, więc widziała wszystko za oknem. Ze znudzenia wyciągnęła z kieszeni spodni mp4. Chwilę zajęło jej rozplątanie słuchawek, które włożyła do uszu i zaczęła słuchać ulubionej piosenki. Ulubionej na ten moment. Ostatnio bez przerwy w głowie siedziała jej i nie mogła się oprzeć ponownemu odtworzeniu. Do rytmu stukała nogą. Czasami coś pomrukiwała. Prawdopodobnie próbowała coś zaśpiewać, jednak jej znajomość tekstu była słaba, dzięki czemu co jakiś czas tylko kilka najbardziej powtarzanych słów wypadało z jej ust.
W autobusie było niewielu ludzi. Jeden pijak, od którego nie pachniało za bardzo, przez co miał aż cztery miejsca na swój własny użytek. Trochę dalej siedziała blondynka ubrana w elegancki kostium w kolorze ciepłego brązu. Najwidoczniej jechała do pracy. Co rusz poprawiała blond grzywkę, czym denerwowała Teresę, chociaż sama miała ten sam gest wręcz wbity w rękę i robiła tak notorycznie. Bardziej z tyłu autobusu mogła dojrzeć dwie dziewczynki w wieku trzynastu lat, tak na oko. Obydwie wypiększone jak rodzice dali pieniędzy. Modne ubrania złożone z leginsów ze wzorem Ameryki, które miały obydwie. Na szczęście każda miała inną bluzkę. Brunetka nałożyła białą, zwiewną bluzeczkę, która odsłaniała czerwone ramiączko od stanika. W dłoni trzymała skórzaną kurtkę. Druga dziewczyna, szatynka, siedziała w zwykłym czarnym topie, na który narzuconą miała kurtkę ze sztucznej skóry w kolorze czerwonym. Nie mogło zabraknąć modnych butów, których nazw Teresa wcale nie była świadoma. Młode, piękne, niebezpieczne. Kącik ust głównej bohaterki wykrzywił się w grymaśnym uśmieszku.
Jechała tak z dobre dwadzieścia minut. Po tym czasie wyleciała wręcz ze środka transportu publicznego i ruszyła w długą. Ah, pięć minut! To mało czasu. Ale musiało jej starczyć na podbiegnięcie do Zieleniaka. Tak nazywali park. W końcu było tak wiele zielonych drzew i krzewów. Krzewy często były kwietne, dlatego miło było wychodzić tam na spacer. Szczególnie gdy nie miało się co robić. Oczywiście w parku była soczyście zielona trawa, o którą dbał pan Antoni, miejski ogrodnik. Nigdy nie zapominał o obsadzaniu klombów pięknymi kwiatami w tysiącach barw. Wielu ludzi ceniło ogrodnika za jego pomysłowość i brak schematu, więc ogród wyglądał jak najbardziej przyjemnie. Aczkolwiek znaleźli się też ludzie, którzy narzekali na brak zwykłych chodników zrobionych z kafelek. Niektórzy musieli iść tamtędy z rana do pracy, a ich wypastowane buty kurzyły się na piaszczystych dróżkach. Mimo wszystko pan Antoni nie pozwalał zmieniać ukształtowania ścieżek. I dobrze.
Z zaciśniętymi ustami i dłońmi próbującymi w biegu schować odtwarzacz muzyki do kieszeni prosiła o to, aby się nie spóźnić. Nienawidziła spóźniania, choć często sama ledwo wyrabiała na miejsce. Nie chciała nikomu sprawiać zwłoki. Przy parku zwolniła. Na kolejnym zegarze również przymocowanemu do wysokiego słupa widniała godzina za dwie piętnasta. Poprawiła niezgranym ruchem dłoni włosy. Była ciekawa kto wzywał ją na spotkanie. Wzięła głęboki oddech, acz domyślała się kto to mógł być. Rozejrzała się po całej powierzchni.
- Że też ten park musi byś taki wielki.. - mruknęła idąc przed siebie.
Po chwili dojrzała znajomą postać ubraną w bojówki w kolorze khaki i kurtkę moro. Dłonie miał schowane głęboko w kieszeniach. Szurał jednym butem w piasku. Kiedy Teresa zbliżyła się bardziej zauważyła, że jest bardzo skupiony. Zbliżyła się do niego jeszcze bardziej, tak że stała obok.
- Cześć, Leon.
Spojrzał na nią kątem oka, skinął głową na powitanie.
- To Ty chciałeś się ze mną spotkać? - spytała cicho próbując dojrzeć to na co patrzył.
- Tak. - mruknął cicho.
Zachowywał się jak nie ten człowiek, co kiedyś. Co jeszcze parę dni temu. Nie rozumiała tylko dlaczego. Po prostu stał. Przytłumiony i widocznie zagubiony, choć dorosły.
- Czy.. - zawahała się momentalnie, jednak dokończyła pytanie. - .. coś się stało?
Dopiero po dłuższej chwili obrócił się w jej stronę. Miał bardzo poważny wzrok. Szukał czegoś w jej młodych jeszcze oczach. Zastanawiała się, czemu widzi taką pustkę w jego oczach. Pustka ta przeplatała się z bezsilną rozpaczą.
- Ja.. - wybełkotała pod nosem.
Opuścił wzrok. Teresa podniosła dłoń, aby unieść jego podbródek. Był wyższy o głowę, jednak to nie przeszkodziło jej w tym geście. Chciała się dowiedzieć. Teraz. Nie chciała, aby ktoś tak ważny był smutny.
- Muszę wyjechać. - powiedział w końcu bezbarwnym głosem.
- Na jak długo? - spytała ledwo dosłyszalnie. Świat za nimi zniknął. Patrzała tylko na Leona, który utkwił w tym miejscu tu z nią. Jego oczy mówiły wszystko. - Czemu..?
Jej głos załamał się lekko. Nigdy, albo bardzo długo, nie czuła takiej rozkładającej się po ciele pustki. Nie chciała wierzyć w to, że straci go już na zawsze.
- Nie mogę powiedzieć. - westchnął przeciągle.
Nie pragnęła w życiu usłyszeć takich słów. Chciała prawdy, tylko to się liczyło. Jednak on ją zbył. Albo chciał ukryć swoją prawdę. Oczy Teresy zaszły łzami, które mężczyzna otarł opuszkami palców.
- Nie płacz. - powiedział.
- Ale..
- Cii..
Przyciągnął ją do siebie najmocniej jak mógł. Chciała, by ta chwila trwała już wiecznie. Utrata tego człowieka była dla niej tragedią. Oparła ciężką głowę na jego torsie. Nie przeszkadzał jej nawet zamek od kieszeni, który boleśnie wbijał się w jej policzek.
- Żegnaj. - szepnął jej na ucho, po czym zabrał jej ostatni pocałunek.
Poczuła jak wypuszcza ją z objęć. Nie. Nie mógł w taki sposób odejść. Oczy dziewczyny rozszerzyły się. Łzy leciały z oczu jak płynąca rzeka.
- Le...on.. - wyszeptała patrząc za odchodzącą postacią.
Uniósł tylko dłoń do góry nie odwracając się w jej kierunku. Jego postać zamazywała się za zamglonymi oczami. Osunęła się bezgłośnie na ziemię. Nikt nie zauważył jak wbija sobie paznokcie w materiał płaszcza. Zrobił to w taki bolesny sposób. Odszedł. Jak cicho się pojawił w taki sam sposób odszedł. W końcu w tym właśnie parku się poznali. Przez przypadek. I w tym samym parku poszedł. Nie wiedziała, czy ma go nienawidzić. Nic nie wiedziała. Zagryzła dolną wargę.
Zebrała się w sobie. Wstała, po czym chwiejnym krokiem ruszyła w kierunku autobusu. Potrzebowała teraz tylko łóżka i samotności.

wtorek, 9 lipca 2013

Gniew.

Rozrywający powietrze krzyk rozległ się po całej sali. Krzyczała ile sił w płucach. Jakby diabeł ją poganiał. Chociaż nikt nie wiedział, czemu używa tak niekwestionowanego sposobu wyrażania swoich uczuć.
Dziewczyna czuła się rozerwana. Nie wiedziała czego już chce. Czy robi dobrze? A może źle? Dlaczego, dlaczego, dlaczego... wiele pytań i zero odpowiedzi. Krzyczała dalej dając upust swoim uczuciom. Były tak zagmatwane. Popaprane. Gdyby pojawił się jakiś jej przyjaciel nie potrafiłaby zaprzestać temu bezsensownemu działaniu. Może nawet odwróciłaby się od niego. I wyła, krzyczała dalej. Paznokcie wbiła w swoje własne ramiona krzyżując je uprzednio na klatce piersiowej.
Poleciały pierwsze krople krwi. Nie czułą bólu. Tylko rozsadzający wewnętrznie gniew, który za długo trzymała w sobie. Powoli łzy ciekł po jej policzkach. Głos stawał się coraz bardziej zachrypły. Nieludzki. Jednak ciągle tak samo głośny. Łapała tylko co jakiś czas oddech. I krzyczała.. krzyczała.
Dopiero, gdy głos odmówił jej posłuszeństwa zamknęła usta. Spojrzała po pustym pokoju. Rzuciła się. Na ścianę z ogromnym impetem. Zrobiła to tak, jakby życie nie miało żadnego znaczenia. Koniec tłumienia siebie. Uczuć. Chciała tylko rozerwać siebie na strzępy tak jak zrobiły to kumulowane emocje od lat.
Upadła.
Nie miała nawet ochoty wstać. Łzy płynęły ciurkiem.Włosy zasłoniły jej twarz. Dłonie poczęły niespokojnie bić w podłogę. Chciała zginąć. Tak bez powodu. Czuła się wariatką. Tylko nie wiedziała czemu. Ale nie była zdolna do samo-egzekucji. Leżała. Łkała. Samotna jak ostatni kwiat z zagrożonego gatunku.

niedziela, 7 lipca 2013

Robota #2

Wynurzyła się z już zimnej wody. Siedziała w wannie dobre półtorej godziny dolewając co jakiś czas gorącej wody. Otarła ciało bawełnianym ręcznikiem z delikatnym, kwiatowym wzorem. Następnie owinęła szczelnie ciało intensywnie czerwonym szlafrokiem sięgającym niewiele przed kolano. Ponownie wzięła ręcznik, aby wytrzeć mokre włosy. Tarła je szybkimi ruchami, aż mogła stwierdzić, iż żadna kropla wody z nich nie spłynie. Po tym rozczesała włosy szczotką kupioną za kilka złotych. Zamruczała odruchowo.
Wtarła krem w twarz, potem w dłonie. I balsam wtarła w bladą skórę.
Wyszła z łazienki pogrążonej w parze.
- Już? Myślałem, że posiedzisz jeszcze dłużej.
Dość przysadzisty mężczyzna uniósł wzrok na swoją podwładną. Pochłaniał każdy cal jej ciała z ogromną zachłannością. Aczkolwiek słowa wypadające z jego ust wcale nie były zachętą do dłuższej kąpieli.
- Planowałam. Jednak woda zrobiła się zimna. - odmruknęła złośliwie.
Nienawidziła tego faceta, jednak teraz oferował jej robotę. I łazienkę. Na razie miała za duży kawałek do domu. A wolała się oczyścić niż chodzić miastem wyglądając jak bezdomny.
- Eh..
Ciche westchnienie wydobyło się z ust mężczyzny.
Był on o głowę niższy od niej. Na głowie skrzyła się czarna czupryna, acz ślady srebrzystej siwizny powoli dawały się we znaki. Miał około czterdziestu lat. I okropną, wielką tuszę. Gdyby wypadało powiedziałaby mu, że wygląda jak wieloryb. Gruby brzuch, piwny. Dłonie z palcami przypominającymi serdelki. Komicznie małe stopy w porównaniu z grubym udem. I mięsista szyja trzymająca równie mięsistą głowę pokrytą rumieńcami spowodowanymi nadmiernym ciepłem w pomieszczeniu. Twarz zdobiła para brązowych oczu, orli nos oraz usta przypominające kreskę. Nie był okazem przystojności. Ale miał pieniądze. I oferował pracę, za którą hojnie wynagradzał.
- Nowa robota.
Uniosła brew czekając, aż grubas zacznie mówić. Jednak zamiast niego wystąpił dość przeciętnego wyglądu, wysoki mężczyzna. Na oko trzydzieści lat.
- Pan Snow oczekuje od pani bardzo cicho zrobionej sprawy. - wyraził się dość niejasno, jak idiota, który nigdy w życiu nie mówił. Zdanie było kompletnie nieskładne, ale wcale się tym nie przejął. - W tej kopercie.. - mówiąc to wysunął średnich rozmiarów kopertę zrobioną z brązowego papieru, wzięłam ją. - ... jest wszystko szczegółowo opisane. Ma pani zrobić wszystko co do słowa. Inaczej nie dostanie pani zapłaty.
Rudowłosa zamyśliła się na krótką chwilę. Chciała otworzyć kopertę, jednakże ów mężczyzna przeciętnej wagi powstrzymał ją ruchem dłoni.
- Jest to sprawa delikatna, o której wie tylko pan Snow oraz jego najbliższy podwładny. Niestety, ale musi pani.. pani..
- Mów dalej. - warknęła.
Nie miała zamiaru wyjawiać mu swojego imienia ani nazwiska. Skoro nie znał tych danych to miało tak zostać. Nie chciała mieć żadnych kłopotów z tym człowiekiem.
- Musi pani zachować bezwzględną dyskrecję. Nikt o tym nie może się dowiedzieć.
Skinęła powoli głową. Co za barany, nikt nigdy się nie dowiadywał o jej zleceniach. Jakby chciała z kimkolwiek się dzielić tymi informacjami.

Stukot jej obcasów rozległ się na mało zaludnionej uliczce. Skręciła w jeszcze mniejszą. Przed oczami miała podwórze. Dość wyjałowione. Niezaludnione kompletnie. Przed nim stał stary, obskurny blok, do którego mieszkańcy mogli wejść przez cztery osobne klatki schodowe. Ona skierowała się w stronę ostatniej, najbardziej schowanej za rogiem. Odtworzyła drzwi, po czym ruszyła na pierwsze piętro schodami. Weszła do mieszkania ponownie używając klucza.
- Dom.. - wymamrotała rzucając torbę od wejścia w kierunku kanapy.
Jej własny raj. Ubogi, ale z rzeczami najbardziej potrzebnymi i pożądanymi. Nikt nie miał dostępu do tego miejsca prócz niej. I niegdyś kilku kochanków.
- Ciekawe co to za fucha..
Zrzuciła obcasy. Zamknęła drzwi na dwa spusty.
Od razu skierowała swoje kroki w stronę torby rzuconej chwilę temu na kanapę. Wyciągnęła z niej ową brązową kopertę. Bez chwili namysłu rozerwała ją.
Spojrzała na jej zawartość. Usta otworzyły się jej w nieświadomym grymasie. Zamrugała kilkakrotnie powiekami. Zlustrowała uważnie każde słowo zawarte na trzech stronach. Przyjrzała się zdjęciu. Dodatkowo przypomniała sobie człowieka z tego zdjęcia. Przymknęła lekko powieki.
- Znów się spotkamy.. Leo. - wyszeptała bezgłośnie odchylając głowę w tył.
To była tragedia.