poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Życie na nudę #7

Dawno nie widziałem Lili. Zaczął się nowy rok szkolny. Mimo wszystko wrzesień był spokojnym miesiącem. Rodzice Lilinette powiedzieli, iż chodzi do szkoły, acz dalej ubiera się niestosownie. Był przynajmniej jeden plus w całym tym nieszczęściu. Miałem ogromną nadzieję, że dziewczyna nie zaprzepaści szansy porządnego ukończenia szkoły z pozytywnymi wynikami na maturze i dostania się na wymarzone studia. Zawsze mówiła o tym jak bardzo chciałabym dostać się na prawo. To była wysoka poprzeczka, dlatego musiała się starać tak bardzo jak dwie poprzednie klasy. 
Widziałem ją nawet kilka razy. Pogodna, radosna. Wychodziła z koleżankami z klasy. Jednak to była tylko obłuda początkująca coś znacznie gorszego. Nie chciałem do siebie tego dopuścić. Wmawiałem sobie, że zawsze widzę ją radosną, ale naprawdę z dnia na dzień marniała w oczach. Dalej spotykała się z dziewczynami z klasy w parku. Podobno zapraszała je nawet do domu. Zaś po rozmowie z rodzicami Lili nic nie wywnioskowałem prócz tego, że oni również zauważyli zmianę jej samopoczucia. Słyszałem nawet, iż nie chodzi na żadne piątkowe imprezy, a w tygodniu spędza wiele czasu nad książkami. 
Od razu mogłem dostrzec, że wszystko było za piękne, za szybko wróciło do normy. 

Jeden z pierwszych dni października. Ciepło, przyjemnie. Wylegiwałem się na tarasie owinięty w koc. Na stoliku stała gorąca herbata z cytryną oraz mój telefon. Zawsze byłem pod ręką, do usług wszystkich. Przeciągnąłem się leniwie i usłyszałem dzwonek telefonu. Dość tępy, wyprowadzający mnie z błogiego spokoju. Słyszałem pierwsze słowa piosenki Erica Claptona "Tears in Heaven". Chciałem się wsłuchać, jednak na wyświetlaczu pojawił się napis "Mama Lili". Zmarszczyłem lekko czoło i odebrałem.
- Słucham? 
- Tash, matko boska, dziecko. Widziałeś może Lili?
Od razu jakiś impuls w głowie powiedział mi, iż jest u swojego kochanego znajomego Kawasakiego, lecz nie znałem adresu, a nie chciałem robić zbędnych nadziei pani Scott. 
- Nie, nie widziałem. A coś się stało? - spytałem dość spokojnym tonem głosu starając się nie zdradzić własnego zdenerwowania. 
Tego dnia serce latało mi jak oszalałe. Dowiedziałem się, iż moja przyjaciółka z dzieciństwa unika szkoły i wraca bardzo późno w nocy. Nie mogłem stwierdzić co się z nią dzieje. Wtedy było to dla mnie nieznanym, jednak teraz trzymając jej pamiętnik w dłoniach dokładnie wiem co się działo. W prawdzie daty są lekko zamazane i nie mogę stwierdzić nic więcej, że pisała o końcu września i początku października. 

Widziałam dziś pięknego ptaka. Był wolny. Łopotał powolnie swoimi skrzydłami strząsając resztki porannej rosy. Jego pióra wydawały się lśnić na słońcu. Chciałam być taka jak on. Nie potrzebowałam klatki, która sprawiała mi więcej smutku niż radości. Tak. Na początku było wspaniale. Odzyskałam stare kontakty i mimo innego stylu, jaki zapanował na mnie w wakacje, wszyscy mnie akceptowali. A może nawet bardziej polubili? Sama nie wiem. Uważali mnie za lekko ducha. 

Dziś Tracie powiedziała mi, że jestem tak bardzo wolną osobą, że pewnie robię wiele rzeczy w ciągu każdego dnia. Oznajmiła nawet, iż mi zazdrości. Chciałam wtedy jej powiedzieć, że od czasu końca wakacji straciłam kontakty z Melo i Kawasakim oraz resztą. Ale ona ich nie znała. Nic nie mogłam zrobić, dlatego uśmiechnęłam się zawadiacko jak to miałam w zwyczaju, choć wiedziałam, że wyglądam jak kompletny głąb. 

Włóczę się jak cień po korytarzach szkolnych. Dziś na lekcji fizyki doszłam do wniosku, że czuję się wypompowana emocjonalnie. Powróciła stara rutyna. Nadmiar nauki, testów. Przygotowanie do matury. Kiedyś planowałam być prawnikiem. Teraz sama nie wiem czego oczekuję od życia. Z dnia na dzień gubię się coraz bardziej. Podniosłam dłoń, po czym powiedziałam nauczycielce, że strasznie źle się czuję. Odesłała mnie do pielęgniarki. Na szczęście mogłam wziąć swoje rzeczy, bo było tylko kilka minut do dzwonka. Kierowana zwykłym odruchem poszłam do owej pielęgniarki. Sprawdziła mi temperaturę, ciśnienie. Wszystko w normie. Mimo wszystko pozwoliła mi pójść do domu i uważać po drodze. Nie mogłam iść do domu. Ostatnio rodzice znów zaczęli ze mną normalnie rozmawiać, choć były to krótkie rozmowy przerywane ich pracą a moją nauką. 
Skierowałam się do parku. Usiadłam na mojej stałej ławce, wyciągnęłam leniwie nogi. Miałam szaloną ochotę ściągnąć buty, resztę ubrań i położyć się w wannie z gorącą wodą i jakimiś olejkami zapachowymi. Potrzebowałam odprężenia. Tak myślałam.

Minęło parę dni. Mimo kąpieli, odpoczynku od ciągłego siedzenia w książkach do godzin uznawanych za nieprzyzwoite oraz wielu spacerach z dziewczynami, a czasem chłopakami, z klasy... czułam się tylko gorzej. Raz po raz otwieram ten pamiętnik. Spisuję wszystko co mnie męczy. I jeszcze jest gorzej. Czy ja się sypię?

Już wiem! Wiem czego mi brakowało. Czyż nie omijałam końca roku szkolnego jak ognia? Czy nie byłam wtedy o wiele szczęśliwsza i pogodniejsza? Ciągle się coś działo. Robiłam na przekór rodzinie i Tashowi, z którym w gruncie rzeczy nie rozmawiam od bardzo dawna. Od tej ostatniej rozmowy w parku. Nie wiem czy mi go brakuje. Ale na sto procent wiem, iż chcę znów tych imprez do późna i towarzystwa Melo oraz Kawasakiego. Stęskniłam się. Dlatego wróciłam do nich. Teraz.. odpoczywam od szkoły całkiem. Ale jeszcze tam wrócę! Mam sporo czasu do matury. Nauka nie zając. Ale życie tak.

piątek, 9 sierpnia 2013

Życie na nudę #6

15 sierpnia 2005 rok

Dzisiaj mam spotkać się z Eleną. Dawno nie pisałam w tym pamiętniku, dlatego postanowiłam nadrobić zaległości. Nawet w tak głupi sposób. Siedząc w parku. W całkowitej ciszy i spokoju. Lubię się bawić, ale czasem przydaje się taki odpoczynek i izolacja od znajomych. Wtedy nabieram nowej chęci na zabawę. 
W gruncie rzeczy to już trzeci raz kiedy Elena prosi mnie o pomoc w doborze bielizny. Robi to dość często, ale najwyraźniej lubi nowości. Chociaż.. czasem wybiera dość kusą, koronkową albo ekstrawagancką bieliznę. Widocznie taki ma styl. 
Raz, gdy zajrzałam do jej szafy byłam zaskoczona ilością rzeczy. Zdziwiło mnie tylko, że kilku szuflad nie pozwoliła mi w ogóle otwierać. Może wstydziła się, czy coś. Nie wiem. Nie wtrącałam się i nie naciskałam na tą wiedzę.
Ostatnimi czasy zaczęłam palić. Mówiłam sobie na początku, że kilka papierosów nie zaszkodzi. Ale teraz nie wiem jak pozbyć się tego okropnego nałogu. Trudno. Może kiedyś spróbuję. Ale w klubach, do których chodzę czasem dobrze jest zapalić. Szczególnie przy wszechobecnym pocie tańczących. 

Musiałam przerwać wcześniejsze pisanie. Pojawił się Tash. To było jak zasadzka. Dobrze, że nie dopytywał o to co pisałam. Jak zawsze był dość powściągliwy. Gdy spytał mnie o to, co słychać nie mogłam się po prostu powstrzymać. Zaczęłam opowiadać. Z innymi przeżywałam wiele chwil, ale praktycznie nigdy nie miałam domu opowiadać co robiłam. Czasem z Eleną porozmawiałam, gdy w trakcie imprezowania znikała i często nie wracała, choć zarzekała się, że wróci. 
Chciał, żebym się jeszcze odezwała, ale nie wiem czy to zrobię. Może jak znowu spotkamy się w parku. Tak. Nie mam z nim już tylu tematów co kiedyś. Chociaż czasem go widzę na jakichś dyskotekach, ale wtedy staram się nie wpaść na niego. Raz nawet poprosiłam Melo, abyśmy poszły do innego klubu, bo wydawało mi się, że mnie zobaczył. 

Właśnie. Byłam z Eleną w sklepie. Dziś postawiła na czerwień, ponieważ powiedziałam jej, iż wygląda nieziemsko w tym kolorze. Szkoda tylko, że jej bielizna większość odkrywała niż zakrywała. I miała nadmiar koronki. Nie rozumiałam do jest przyjemnego w takiej bieliźnie. Owszem, nosiłam czasem podobną, ale z mniejszą ilością koronek i prześwitów. Ale tylko do klubów i tyle.. Nie wiem po co nosić taką na co dzień. Sama sobie kupiłam trzy nowe staniki. Wydaje mi się, że te stare zrobił się małe. 

Przed sobą mam jeszcze tylko połowę wakacji i zacznę trzecią klasę liceum. Troszkę się boję, bo będę musiała zrezygnować z wielu imprez na rzecz nauki. Ale sama nie wiem, jeszcze się zobaczy. Na razie muszę wykorzystać resztkę wakacji, dlatego ograniczę moją izolację od świata i powrócę do Melo i Kawasakiego, a także reszty. Dawno nie widziałam Miriam. 

środa, 7 sierpnia 2013

Życie na nudę #5

6 lipca uświadomił mi, iż jeden miesiąc wystarczył do dość wyraźnej zmiany w charakterze Lili. I w wyglądzie. Ostatnio wyszedłem do sklepu. Zobaczyłem dość wyuzdanie ubraną dziewczynę. W pierwszej chwili nie wiedziałem kto to może być, jednak zaraz poznałem Lilinette. Nie podszedłem do niej, gdyż ostatnio nie miała ochoty nawet ze mną rozmawiać. Nie odpowiadała na sms'y, wiadomości ani telefony. Najwidoczniej musiała chwilę pobyć sama.
Lekko zdziwił mnie jej strój. Krótka czarna spódniczka, która dokładnie przylegała do ciała. Bluzka w tym samym kolorze co spódnica z jakimś znakiem, miała duży dekolt, a momentami wystawał jej czerwony stanik. Szpilki i biżuteria. Oraz makijaż. Na szczęście z makijażem nie przesadziła, wyglądała jeszcze normalnie.

Minęło kilka dni, gdy zobaczyłem Lili z już ostrym makijażem w towarzystwie ludzi nieziemsko podobnych do siebie oraz dwóch innych dziewczyn. Jedna na oko dwudziestoletnia, góra dwudziestoczteroletnia. Drugą zaś poznałem przypominając sobie o dniu, gdy odbierałem przyjaciółkę z dyskoteki, a ta była upita. Nazywała się Elena, z tego co wymamrotała wtedy Li.

Widywałem ją niejednokrotnie. Spędzała aktywnie czas poza domem. Trudno było się do niej dodzwonić. Raz gdy spotkałem jej rodziców powiedzieli, że martwią się o swoją córkę. Znikała na wiele godzin. Czasem nawet przez parę dni nie było jej w domu.
- Ostatnio przeszukałam jej rzeczy... Nigdy tego nie robiłam, bo jej ufałam. Ale..- matka Lili wstrzymała oddech na dłuższą chwilę. Zastanawiała się jak wydusić z siebie cokolwiek. Najwyraźniej owa rzecz była dla niej bardzo złym symbolem. - W łóżku znalazłam papierosa... A gdy spojrzałam pod nie.. cała paczka przyczepiona umyślnie do spodu, abym w razie czego nie dojrzała... Lili jest sprytna, zawsze taka była.
Westchnęła przeciągle. Było mi źle widząc smutne oczy mojej przyszywanej ciotki. Nie mogłem pomóc.
- Może coś wiesz, Tash?
Ojciec dziewczyny spojrzał na mnie wręcz błagalnym spojrzeniem.
- Nie.. Przepraszam. - zagryzłem lekko wargę. - Nie odzywa się do mnie od miesiąca.
- Naprawdę!? - usłyszałem uniesiony głos pani Scott. - Ale ona mówiła, że wychodzi z Tobą... Bardzo często.
- Słucham...?
Byłem wtedy bardzo zdziwiony. Aż do tej chwili nie przypuszczałem, iż Lilinette może być zdolna do kłamania swoim rodzicom. Zrozumiałbym jeszcze, że kłamie mi, ale.. Nie. Z nią było coś nie tak.

Niedawno udało mi się porozmawiać z Lilinette.
Szedłem parkiem, gdy dostrzegłem ją siedzącą w całkowitej samotności. Pisała coś w dość grubym zeszycie. Podszedłem cicho.
- Cześć..
Uniosła wzrok i na mój widok od razu zamknęła zeszyt oraz schowała go głęboko do torby razem z długopisem. Wtedy nie wiedziałem, że to jej pamiętnik. Teraz trzymam go w ręku. Spisuję trochę rzeczy ze swojej głowy. I z tego co było w tym pamiętniku. Niedługo zamierzam dołączyć opowieść Miriam, gdyż dopiero niedługo się pozna z Lili.
Niechętnie odpowiedziała na moje powitanie.
- Co słychać?
Spojrzała na mnie dość pustym wzrokiem, który zaraz się ożywił. Wyglądała jak szczęśliwe dziecko z dozą mocnego makijażu. Aczkolwiek dziś miała na sobie coś bardziej zakrywającego biust i nogi. Najwidoczniej nie miała dziś planów.
- Wiesz, ostatnio robię dużo fajnych rzeczy! Wychodzę z wieloma ludźmi. Nawet nauczyli mnie tańczyć. Ale dalej uważam, że robię to nijak... - mówiąc to przytakiwała sama sobie głową. Momentami wkładała paznokcie do ust i przygryzała je lekko. - Z tego co pamiętam Elenę poznałeś wtedy przed dyskoteką. - powiedziała to tak, jakby wtedy nie była upita, a ja jej wcale nie okrzyczał kolejnego dnia. - Elena jest urocza. Ma siedemnaście lat. Całkiem dobrze się z nią dogaduję. Na początku myślałam, że jest zimna i nie będę mogła złapać z nią żadnego kontaktu. Ale! teraz rozmawiam z nią jak kiedyś z matką.
Słuchałem jej uważnie nie przerywając długiego monologu. Opowiedziała mi o nocnych wypadach. Ucieczkach z domu i adrenalinie, która temu towarzyszyła. Opisała mi nawet dom Harukich bardzo szczegółowo. Jednak była smutna na myśl, iż nie może odpowiedzieć mi o pokoju i gabinecie Kawasakiego, gdyż nigdy tam nie była. A była połowa sierpnia. Najwięcej opowiadała o Miriam. Uważała ją za nieskończoną piękność. Hebanowe włosy, cudny uśmiech i nieskazitelnie białe zęby. Mleczna cera. Zazdrościła jej.
Spojrzała w pewnym momencie na wyświetlacz komórki.
- Muszę iść. Obiecałam Elenie pomóc w wyborze nowej bielizny. Chociaż nie wiem czemu to jest dla niej tak ważne...
- Mhm, ok. Cześć, odezwij się.
- Pa.

sobota, 3 sierpnia 2013

Krokiet na nazwę!

Akurat dzisiejszego dnia wzięło mi się na wspominki. Opisanie sytuacji jak najbardziej zwyczajnej. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Po prostu piszę, bo taka wena nadeszła.
Czasami, gdy zakładam nowego bloga, czy inną stronę, długo myślę nad ciekawą i niezaprzeczalnie fenomenalną nazwą. Nazwa jest dla mnie pierwszymi drzwiami do "sukcesu". Dlatego myślę nad nią jak najdłużej, by znaleźć tą odpowiednią, ewentualnie skończyć z jakimś dziwactwem, ponieważ myśli odmawiają mi posłuszeństwa.

Tamtego kwietniowego dnia usiadłam spokojnie przed komputerem. Jak zwykle, wynudzona. Jednak był to dzień przed urodzinami pewnego pana. Nie oczekiwałam cudu, iż z nim porozmawiam. Od dłuższego czasu z nim nie rozmawiałam, więc tym bardziej nie myślałam, iż się pojawi.  Zajęłam się oglądaniem anime. Jednak znudziło mi się to dość szybko. Odrobiłam jedynie lekcje, gdyż była to niedziela, a trzeba było koniec końców nie mieć zaległości. Pisałam troszkę z moją przyjaciółką, którą nazywam dość owocowo - Ananas.
Rozmawiałam z nią o jej blogu. Ponarzekałam troszkę, że też bym chciała założyć, ale chyba się nie opłaca, gdyż teraz królują blogi o tematyce... właśnie. Nie wiem czy to jest tematyka. Nie, absolutnie. Po prostu w tych często odwiedzanych blogach można teraz spotkać jakieś gwiazdy. Z otoczenia, w którym najwięcej się kręcę dopatrzyłam się tego, iż królują tam gwiazdy k-pop'u albo j-rock'a. Wcale mnie to nie dziwi, gdyż jeszcze dwa lata temu była kompletna jazda na pisanie czegoś z ulubionymi postaciami z anime, mangi. Wtedy akurat mi się też nie udało zbytnio wybić, choć wymyślałam japońskie imiona i sama coś sklekociłam, jednakże NIGDY nie tworzyłam romansidła, w którym to ja byłam główną bohaterką, zaś wokół mnie kręciło się kilku bohaterów różnych serii. Jeżeli chciałam już romansidło to mnie tam nie było.
Westchnęłam przeciągle przed komputerem. Nie pamiętam dokładnie tej rozmowy. Wiem, że potem Ananas zamilkła i sama użerałam się z myślami przez godzinę.
I stało się.
Wielka, wszechobecna moc rozkazała mi założyć bloga.
Zabrałam się za to i od razu padłam na punkcie "nazwa bloga".
- Kurczę, czy to zawsze musi być takie trudne!?
Tak, powiedziałam to na głos, dzięki czemu matka zdziwiona zajrzała do mojego pokoju z zapytaniem, czy oszalałam już doszczętnie. Ale nie teraz o mojej nieogarniętej głowie tylko o nazwie.
Dumałam tak z dwie godzinki. Myślałam. Już wpisywałam jakąś super, rewelacyjną, moemoe nazwę, gdy... "nazwa zajęta". Cholera. Jeżeli chcę mieć nazwę "krokiet" to nie będę chciała "krokiet014". Żyj sobie dobrze osobo, która uprzedziła moje myśli. Dzięki Tobie musiałam myśleć dłużej.
Pamiętam jak jakieś trzy lata temu założyłam bloga o bardzo długiej nazwie. To był mój pierwszy. Chciałam pisać dalszą część do "Naruto". I powstała około pięciosłowowa nazwa. A ja się dziwiłam, że na niego weszło około stu osób tylko przez niecały rok. Dobra, z ręką na sercu przyznaję - "szatę graficzną" sama stworzyłam i po tych latach stwierdzam, że pełno Hinaty i niebieskości i te spadające gwiazdki oraz wskaźnik w kształcie serduszka wcale nie były kuszące. I mój początkowy styl pisania oraz masa błędów ortograficznych, ee... Idźmy dalej!
Potem miałam jeszcze dziesiątki blogów. Jeden z nich pisałam z pewną dziewczyną o rok młodszą ode mnie. Ona robiła piękną oprawę graficzną! I chyba był to mój najpopularniejszy blog. Miał w ciągu pół roku bardzo wiele komentarzy i ponad dwa tysiące wyświetleń.. Ten blog miał całe trzy słowa w nazwie. Myślałam nad nią całe trzy dni! Naprawdę. Moriah Infernal City. Do tej pory pamiętam. Teraz tylko tam wisi z poukrywanymi postami.
Ale co mnie najbardziej boli z perspektywy czasu...
Moje myślenie kiedyś wzięło górę i uznałam, że bardzo oryginalnie będzie mieć nazwę bloga zapisaną za pomocą romaji! A kij by to... Gdybym nie udostępniała swojego bloga na portalu społecznościowym to nikt by nie wchodził. Dlatego każdemu, kto zaczyna przygodę z pisaniem od tej pory odradzałam takich wymysłów, bo jest to najgorsze co może zrobić.
Idąc dalej..
Nazw miałam wiele.
Ale akurat tego dnia myślałam nad nią najkrócej ze wszystkich do tej pory złożonych przez mój jakże mało polonistyczny łeb.
Właśnie - dzięki książce od polskiego znalazłam tą jedyną i niepowtarzalną, moim zdaniem, nazwę.
Wtedy to przygasałam już z nadzieją na coś co zaiskrzy mi w główce.
Oparłam głowę bezradnie o biurko. Zaczęłam narzekać na to jaki ten świat okrutny. Dlaczego nie obdarzono mnie umysłem pojemnym jak nie wiadomo co. I czemu to mam akurat takie rozterki jak znalazłoby się o wiele gorsze.
- Nosz, kur... czę.
Staram się od roku ograniczać przeklinanie. I matula mnie goni. Ale się ciesze, bo wolę być dziewczęciem umiejącym się wysłowić po polsku niż po łacinie podwórkowej z domieszką polskości.
Chciałam wszystko rąbnąć w kąt. Gdy nagle olśniło mnie.
- A może...!
Złapałam pierwszą książkę z brzegu. Był to atlas geograficzny. Popatrzyłam na niego troszkę... zła. Odłożyłam go bez krzty szacunku, jako że fanką geografii nigdy nie byłam. Lisa See "Miłość Peonii". Nie, z tej książki na pewno nazwy nie wykrawam. Acz - wpisałam tytuł i... mogłam, ale doszłam do wniosku, że i tak ta nazwa nie pasuje, plus jest to dla mnie jak mała kradzież.
Chwilę potem dostałam na gadu-gadu wiadomość od pewnej osoby zaczynającą się od "Kiciu". Zapomniałam o tym, że często używam swojego "imienia" - Kot. I wpisałam "kotowo". Tak. Nazwa była dostępna, ale chciałam, aby ogółem blog miał taką nazwę. A nie link. Usunęłam.
I w tym momencie oparłam się z jeszcze starym krzesłem, made in China, o parapet. Spadła książka od polskiego. Podniosłam ją niepewnie. Otworzyłam na byle jakiej stronie. Poprzerzucałam kilka stron w tył. Potem paręnaście w przód. Spojrzałam w spis treści. Znów otworzyłam na byle jakiej stronie.
- To nie ma sensu.
O mały włos nie zgrzytnęłabym zębami, a fuj!
I spojrzałam na stronę. Ujrzałam. Dość specyficzne słowo. Tylko jedno, ale mnie zafascynowało.
Nigdy moich wypocin nie uznawałam za wybitnie dobre. Ot parę szkolnych konkursów, coś ogólnopolskiego, jakieś wyróżnienie. Ale pisałam dość przeciętnie. Są lepsi. Może i ta nazwa nie wyróżniała się dla nikogo niczym szczególnym. Ale od zawsze uznawałam to co robiłam za nijakie, godne ciągłych popraw i rozwoju. I taki jest "mój styl". Dokręcanie wszystkiego na ostatnią śrubkę, choć jeszcze kilkunastu braknie albo kilkudziesięciu do wykończenia mojej osobistej wieży Eiffela.. Ta wieża u mnie kończy się "napisać własną książkę". Może i nie opublikować jej, ale zrobić to dla siebie. Mieć siłę, aby.. Właśnie. Aby co? Aby.. Huh. To bardzo trudne. Ale w gruncie rzecz biorąc na poważnie chcę być z siebie dumna, iż potrafiłam napisać coś długiego, co łączy się w jedno. Jedno. To jest takie trudne. Ciągle próbuję. Ale nici.
Dlatego to słowo było intrygujące. "Cienkusz". Od razu rzuca się w oczy, że chodzi o coś cienkiego. Łapczywie przeczytałam wytłumaczenie owego słowa.
Cienkusz - słabej jakości wino.
Kocham wino tak mocno jak kocham pisać. Dlatego zapragnęłam tej nazwy jak pewnego pana bardzo dawno temu, ale my nie o tym tu.
Aż się zaśmiałam do monitora, co jest oznaką mojej zaskakującej psychozy.
Nazwa delikatna, pospolita, choć oryginalna w swej skromności.
Wpisałam.
- Proszę.. proszę.. proszę..
Błagalnym wzrokiem podziwiałam monitor.
Gdy tylko ujrzałam zielony napis "dostępne", aż podskoczyłam z radości i krzyknęłam. Znów mamuśka wbiegła do pokoju.
- Czy Ty masz nadmiar energii? Idź pobiegać. Albo wykrzyczeć się w lesie.
Uśmiechnęłam się tylko na jej odpowiedź niczym kompletna wariatka. Wyszła i zostawiła mnie z mym małym szczęściem w pokoju. Tak, to chore z mojej strony, iż cieszę się wiadomością o tym, że dana nazwa jest dostępna. Ale naprawdę nie wyobrażam sobie mieć "krokiet" gdzieś tam w linku u góry i potem to upubliczniać. Nie w tym życiu!
Gdy wymyślam coś innego niż inni czuję się w jakimś stopniu oryginalna, inną. Może nawet wyjątkowa. Nie chwalę się tym, ale tak jest.
I tak kliknęłam "załóż bloga". Oto jest. Ten blog. Namiastka mojego dziwnego "ja". Moja spuścizna dla tego wielkiego świata, choć wiem, iż on wcale nie przyjmuje go chętnie.