piątek, 12 lipca 2013

Świat Istoty Płaskiej, cz. 2

Minęła w biegu kilka niepozornych uliczek. W biegu mruknęła do jednego sklepikarza "dzień dobry" w odpowiedzi na jego powitanie. Jako, że droga nie była zbyt krótka wbiegła do małego sklepiku, gdzie kupiła sobie pączka. I bilety na autobus. W końcu bieg do parku nie był wcale dobrym pomysłem. Nie zdążyłaby na 15 choćby nie wiedziała co. Spojrzała na zegar przymocowany wysoko do słupa. Wskazywał czternastą minut trzydzieści pięć.
Autobus linii B nadjechał. Wsiadła do środka, skasowała bilet, po czym zajęła wolne miejsce przy oknie. Na szczęście nie świeciło za mocno, więc widziała wszystko za oknem. Ze znudzenia wyciągnęła z kieszeni spodni mp4. Chwilę zajęło jej rozplątanie słuchawek, które włożyła do uszu i zaczęła słuchać ulubionej piosenki. Ulubionej na ten moment. Ostatnio bez przerwy w głowie siedziała jej i nie mogła się oprzeć ponownemu odtworzeniu. Do rytmu stukała nogą. Czasami coś pomrukiwała. Prawdopodobnie próbowała coś zaśpiewać, jednak jej znajomość tekstu była słaba, dzięki czemu co jakiś czas tylko kilka najbardziej powtarzanych słów wypadało z jej ust.
W autobusie było niewielu ludzi. Jeden pijak, od którego nie pachniało za bardzo, przez co miał aż cztery miejsca na swój własny użytek. Trochę dalej siedziała blondynka ubrana w elegancki kostium w kolorze ciepłego brązu. Najwidoczniej jechała do pracy. Co rusz poprawiała blond grzywkę, czym denerwowała Teresę, chociaż sama miała ten sam gest wręcz wbity w rękę i robiła tak notorycznie. Bardziej z tyłu autobusu mogła dojrzeć dwie dziewczynki w wieku trzynastu lat, tak na oko. Obydwie wypiększone jak rodzice dali pieniędzy. Modne ubrania złożone z leginsów ze wzorem Ameryki, które miały obydwie. Na szczęście każda miała inną bluzkę. Brunetka nałożyła białą, zwiewną bluzeczkę, która odsłaniała czerwone ramiączko od stanika. W dłoni trzymała skórzaną kurtkę. Druga dziewczyna, szatynka, siedziała w zwykłym czarnym topie, na który narzuconą miała kurtkę ze sztucznej skóry w kolorze czerwonym. Nie mogło zabraknąć modnych butów, których nazw Teresa wcale nie była świadoma. Młode, piękne, niebezpieczne. Kącik ust głównej bohaterki wykrzywił się w grymaśnym uśmieszku.
Jechała tak z dobre dwadzieścia minut. Po tym czasie wyleciała wręcz ze środka transportu publicznego i ruszyła w długą. Ah, pięć minut! To mało czasu. Ale musiało jej starczyć na podbiegnięcie do Zieleniaka. Tak nazywali park. W końcu było tak wiele zielonych drzew i krzewów. Krzewy często były kwietne, dlatego miło było wychodzić tam na spacer. Szczególnie gdy nie miało się co robić. Oczywiście w parku była soczyście zielona trawa, o którą dbał pan Antoni, miejski ogrodnik. Nigdy nie zapominał o obsadzaniu klombów pięknymi kwiatami w tysiącach barw. Wielu ludzi ceniło ogrodnika za jego pomysłowość i brak schematu, więc ogród wyglądał jak najbardziej przyjemnie. Aczkolwiek znaleźli się też ludzie, którzy narzekali na brak zwykłych chodników zrobionych z kafelek. Niektórzy musieli iść tamtędy z rana do pracy, a ich wypastowane buty kurzyły się na piaszczystych dróżkach. Mimo wszystko pan Antoni nie pozwalał zmieniać ukształtowania ścieżek. I dobrze.
Z zaciśniętymi ustami i dłońmi próbującymi w biegu schować odtwarzacz muzyki do kieszeni prosiła o to, aby się nie spóźnić. Nienawidziła spóźniania, choć często sama ledwo wyrabiała na miejsce. Nie chciała nikomu sprawiać zwłoki. Przy parku zwolniła. Na kolejnym zegarze również przymocowanemu do wysokiego słupa widniała godzina za dwie piętnasta. Poprawiła niezgranym ruchem dłoni włosy. Była ciekawa kto wzywał ją na spotkanie. Wzięła głęboki oddech, acz domyślała się kto to mógł być. Rozejrzała się po całej powierzchni.
- Że też ten park musi byś taki wielki.. - mruknęła idąc przed siebie.
Po chwili dojrzała znajomą postać ubraną w bojówki w kolorze khaki i kurtkę moro. Dłonie miał schowane głęboko w kieszeniach. Szurał jednym butem w piasku. Kiedy Teresa zbliżyła się bardziej zauważyła, że jest bardzo skupiony. Zbliżyła się do niego jeszcze bardziej, tak że stała obok.
- Cześć, Leon.
Spojrzał na nią kątem oka, skinął głową na powitanie.
- To Ty chciałeś się ze mną spotkać? - spytała cicho próbując dojrzeć to na co patrzył.
- Tak. - mruknął cicho.
Zachowywał się jak nie ten człowiek, co kiedyś. Co jeszcze parę dni temu. Nie rozumiała tylko dlaczego. Po prostu stał. Przytłumiony i widocznie zagubiony, choć dorosły.
- Czy.. - zawahała się momentalnie, jednak dokończyła pytanie. - .. coś się stało?
Dopiero po dłuższej chwili obrócił się w jej stronę. Miał bardzo poważny wzrok. Szukał czegoś w jej młodych jeszcze oczach. Zastanawiała się, czemu widzi taką pustkę w jego oczach. Pustka ta przeplatała się z bezsilną rozpaczą.
- Ja.. - wybełkotała pod nosem.
Opuścił wzrok. Teresa podniosła dłoń, aby unieść jego podbródek. Był wyższy o głowę, jednak to nie przeszkodziło jej w tym geście. Chciała się dowiedzieć. Teraz. Nie chciała, aby ktoś tak ważny był smutny.
- Muszę wyjechać. - powiedział w końcu bezbarwnym głosem.
- Na jak długo? - spytała ledwo dosłyszalnie. Świat za nimi zniknął. Patrzała tylko na Leona, który utkwił w tym miejscu tu z nią. Jego oczy mówiły wszystko. - Czemu..?
Jej głos załamał się lekko. Nigdy, albo bardzo długo, nie czuła takiej rozkładającej się po ciele pustki. Nie chciała wierzyć w to, że straci go już na zawsze.
- Nie mogę powiedzieć. - westchnął przeciągle.
Nie pragnęła w życiu usłyszeć takich słów. Chciała prawdy, tylko to się liczyło. Jednak on ją zbył. Albo chciał ukryć swoją prawdę. Oczy Teresy zaszły łzami, które mężczyzna otarł opuszkami palców.
- Nie płacz. - powiedział.
- Ale..
- Cii..
Przyciągnął ją do siebie najmocniej jak mógł. Chciała, by ta chwila trwała już wiecznie. Utrata tego człowieka była dla niej tragedią. Oparła ciężką głowę na jego torsie. Nie przeszkadzał jej nawet zamek od kieszeni, który boleśnie wbijał się w jej policzek.
- Żegnaj. - szepnął jej na ucho, po czym zabrał jej ostatni pocałunek.
Poczuła jak wypuszcza ją z objęć. Nie. Nie mógł w taki sposób odejść. Oczy dziewczyny rozszerzyły się. Łzy leciały z oczu jak płynąca rzeka.
- Le...on.. - wyszeptała patrząc za odchodzącą postacią.
Uniósł tylko dłoń do góry nie odwracając się w jej kierunku. Jego postać zamazywała się za zamglonymi oczami. Osunęła się bezgłośnie na ziemię. Nikt nie zauważył jak wbija sobie paznokcie w materiał płaszcza. Zrobił to w taki bolesny sposób. Odszedł. Jak cicho się pojawił w taki sam sposób odszedł. W końcu w tym właśnie parku się poznali. Przez przypadek. I w tym samym parku poszedł. Nie wiedziała, czy ma go nienawidzić. Nic nie wiedziała. Zagryzła dolną wargę.
Zebrała się w sobie. Wstała, po czym chwiejnym krokiem ruszyła w kierunku autobusu. Potrzebowała teraz tylko łóżka i samotności.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz