poniedziałek, 24 czerwca 2013

Robota #1

- Cholera, cholera, cholera...
Z ust około 25-letniej kobiety dobywał się monotonny wydźwięk słowa "cholera". Oczyma łapczywie oglądała każdy skrawek tej ziemi. Była idiotką zgadzając się na tę misję. Ale przecież potrzebowała tych śmierdzących pieniędzy. Ze szczęścia się nie żyje. Żadna praca nie hańbi. Chociaż pomysł bycia dziwką w jakiejś podmiejskiej budzie nie wprawiał ją w zachwyt. Wolała to.
Wybiegła na prostą. Łańcuch wiszący z tyłu jej pleców pobrzękiwał. W oddali słyszała donośny stukot butów oraz kopyt.
- Koń...? Na drugim piętrze!? No, kurwa, jaja sobie robią z człowieka!
Jeszcze tego brakowało. Koń. Przeważnie ucieczki z misji jej się udawały, były dodatkowo rzadkością. Zręcznie ukrywała się w skrytkach i podsłuchiwała rozmowy. Albo robiła zdjęcia. Tajny informator, hę? Jednak dziś coś poszło nie tak. Może wiedzieli? Sama nie mogła rozpatrzyć się w sytuacji. Niezbyt zręcznie wepchnęła spocony kosmyk, wyblakłych, rudych włosów za ucho. Starała się biec jak najciszej i najzwinniej. Ale czuła ból w lewej łydce.
- Szlag by go trafił, szlag!
Wybełkotała praktycznie przez łzy. Ból w łydce nie wziął się znikąd. Krwawiła. Możliwe, iż miała szczęście, gdyż było to niezbyt głębokie draśnięcie. Spowodowane cięciem nożem. lepsze to niż kula. Aczkolwiek materiał spodni niemiłosiernie obcierał i nie pozwalał ranie przestać krwawić.
W myślach panicznie przypominała sobie drogę ucieczki z miejsca spotkania szajki przemycającej broń i narkotyki. Uwzględniając szczególnie to pierwsze. Nie wiedziała, dlaczego w Podziemiu jest tyle przemytów. W gruncie rzeczy mało ją to interesowało. Pracowała dla tego kto dał pieniądze. Nawet jej szef był z Podziemia.
Raptownie skoczyła w zakręt przypominając sobie, że droga na wprost kończy się brakiem ściany i spadkiem z wysokości trzydziestu metrów. W jej stanie skok byłby niemożliwością, a nawet gdyby udało się go wykonać.. Mieliby ją jak na tacy.
Stukanie kopyt był coraz to wyraźniejsze. Otarła wierzchem dłoni słone łzy, by widzieć.
- Ciemno jak w dupie.... - wymamrotała sama do siebie zwalniając tempa.
Było tu dość wąsko, ale jeżeli jeźdźca jest precyzyjny dorwie ją w ułamkach sekundy i zastrzeli w jakimś zatęchłym kącie przy skrzyni pełnej ciężkich narkotyków albo noży co kilkanaście minut przed odnalezieniem jej w, jak się wydawało kobiecie, znakomitej kryjówce. Gorzej by było jakby natrafiła na granaty. Tam nie postrzeliliby jej na miejscu. Tylko zabrali i torturowali do momentu wyznania kto ją nasłał. Ha. W jej myślach rozbrzmiał szyderczy śmiech.
"Ktoś mnie wpakował w bagno specjalnie, czy to przypadek? Nie dam się tak łatwo. Swoje wycierpiałam."
Wyszczerzyła zęby w szatańskim uśmiechu. Ruszyła dalej. Do schodów, po których zbiegła w mgnieniu oka. Na pewno powiadomili ludzi z dwóch niższych pięter.
- Frajerzy.. postawiłabym kogoś przy schodach.
Prychnęła pogardliwie. Zapewne myśleli, iż Ci z góry wykończą ją bez przeszkód. Ale była pewna, że powiadomili już tych z dołu. Zawsze denerwowało ją, że muszą robić te dziwaczne spotkania w takich miejscach. Zatęchłe rudery, na piętrach. Obstawione jakby mieli ich pożreć. I koń! Ciekawe jak go wtachali do góry. A, tak. To stary szpital. Te windy operacyjne. Pewnie musieli się natrudzić, aby działała. W końcu nie mogli zatelefonować do naprawy i poprosić kogoś o pomoc, gdyż potrzebują wwieźć konia do góry. Ciekawe, czy na pozostałych piętrach też mają..
Wytężyła słuch. Kroki. Ale wielkiej bestii ani słysz. Jest dobrze. Kącik ust uniósł się jej ku górze. Przysunęła się do wypukłego rogu ściany. Pójście na dół nie byłoby dobrym pomysłem. Lepiej wykończyć tych z drugiego piętra. Będzie kilku mniej.. Tak. Ale Ci z góry. Ten z koniem może zejść z niego, ale nie zostawi swej cudnej bestii samej ze sobą. Za nią biegło czterech... jeden na koniu.
- Czyli tu musi być tyle samo albo..
... więcej. Zagryzła lekko wargę. Dwóch cherlaków, jedna kobieta, trzech goryli z pałkami. Kobieta pewnie ma pistolet. Nie wygląda na zwinną, ale pozory mogą mylić. Jeden z cherlawych typków trzyma dwa tanto. Hah, widocznie lubi się pobawić, na ostro. Drugi jest uzbrojony w kastety i... idiota nie wie co to znaczy porządnie schować broń. Taki mały pistolecik na w razie czego może mu nie pomóc, gdy o nim wiem. Ciekawe, ciekawe. Gorzej z tymi wielkimi oprychami. Wpierw tych trzech...
Wyciągnęła dwa rewolwer z kabury. Były połączone solidnym łańcuchem. Naprzeciwko były kolejne schody. I korytarz w bok. Zaśmiała się donośnie. Kroki wrogów ustały. Wybiegła z nijakiej kryjówki. Padły pierwsze strzały.
Goryl pierwszy został ugodzony w ramię, cholera. Zawył, ale rozwścieczyło go to.
Przebiła się na drugą stronę, po czym złapała oddech. Uśmiech poszerzył się na jej ustach. Wybiegła po raz drugi. Przebiła się przez nich. Kobieta o czarnych niczym heban włosach dobyła pistoletu. Trzęsły się jej ręce, choć próbowała od nich odciągnąć wyzywającym wzrokiem wężowych oczu. Wiedziała. Jednak nim się obejrzała rudowłosa zgrabnie podcięła jej nogi z półobrotu. Musiała przy tym kucnąć, aby żaden z oprychów jej nie tknął. Czarnowłosa runęła jak kłoda. Słaba sztuka. Wyrzuciła broń z trzęsącej się dłoni.
Zrobiła salto w tył unikając ciosu od człowieka posiadającego kastety. Rozwścieczony goryl w tym czasie trzasnął ją potężnym ciosem w bok. Poleciała w bok, metr dalej. Zawyła z bólu, ale zignorowała go i wstała zwinnie. Wystrzeliła kilka kul. Dorwała żebra cherlaka od kastetów i nogę owej kobiety, która chciała sięgnąć po broń. Na holu było słychać ryk czarnowłosej. Łzy i krew popłynęły strumieniem.
Przeważnie próbowali dorwać ją pojedynczo. Byli mało zgrani. I łatwi do obicia.
Łańcuchem złapała drugiego cherlaka, który był uzbrojony w tanto. Jednak źle je trzymał. I próbował ją zajść od przodu. W tym typie walki powinien zaskoczyć ją od tyłu..  Najwidoczniej był to nowicjusz. Przydusiła go porządnie, mimo 25 lat, słabej, wyglądającej na lichą, postury była dość silna. Napastnik się szamotał. Wycofywała się zwinnie raz w tył raz w bok, gdy pozostała trójka goryli próbowała ją dorwać. Jasna dupa. Miała tamtych ściągnąć pierwszych na ziemię, ale wyszło nie po jej myśli. Blondynek uwięziony w łańcuch na szyi opadł z sił. Chyba troszkę przesadziła. Ale oddychał. Rzuciła nim w bok.
- Wpierw nauczy się tym posługiwać! - warknęła, choć wiedziała, iż nie słyszy.
Wróciła do rzeczywistości. Jeden oprych trzymał się za krwawiące ramię. Dwóch pozostałych nie było nawet zmęczonych. Strzeliła kilkukrotnie. Jeden pocisk drasnął kolejnego draba w nogę, ale ten się nie przejął. Schowała pistolety do kabury. Szlag. Wydobyła noże myśliwskie. Rzuciła się na nich z dzikim krzykiem nie myśląc więcej o żadnej taktyce. Byleby ich pokonać. I wrócić do domu.
- Ciepła kąpiel czeka, dranie, nie mam czasu!

czwartek, 20 czerwca 2013

Przykazanie kota

AKT I

SCENA I

*wejście na scenę Tyntosa, zaraz za nim podąża Arkoteles*

*huk*
*tupanie, po czym ktoś chrząka*

Tyntos
Mówże!

*kolejne tupanie, pochrząkiwanie*
*ktoś warknął za drzwiami*

Mamy coraz mniej czasu!

*tupnięć kilka*
*wchodzi wysoki, żylasty mężczyzna z kocimi uszami na głowie. Porusza nimi. Otwiera pergamin, rozwija go*

Czytaj, szybciej, szybciej! Whiskas czeka!

*chrząknięcie*

Arkoteles
Oto dziesięć przykazań kota.

*przytakiwanie tłumu*

Po pierwsze nie będziesz miał innej władzy nad sobą, pod sobą, a nawet obok siebie, prócz kota.
Po wtóre nie będziesz wymieniał imienia kota swego wielkiego nadaremno.
Po trzecie pamiętaj, iż my, koty, jesteśmy najmądrzejsi.
Po czwarte czcij nasz intelekt i nieskazitelność.
Po piątek nie lękaj się kota póki bijesz mu pokłony.
Po szóste nie zabij nigdy żadnego kota.
Po siódme nie bluźnij na nasze godne imię, gdyż śmierć cię złapie nieopodal.
Po ósme bądź sługa naszym uniżonym.
Po dziewiąte wywyższaj nas ponad własne życie, nawet w krytycznym momencie.
Po dziesiąte nienawidź kultury psa najbardziej ze wszystkiego.

*chrząknięcie*

Tyntos
Brawo, brawo!

*oklaski*

O to mi chodziło!

*ukłon Arkotelesa skierowany w stronę Tyntosa*

*wyjście bohaterów ze sceny*

niedziela, 16 czerwca 2013

Pastisz - "Do otyłej żony"

Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim,
Moja droga żono, tym cielskiem swoim.
Pełno jedzenia, a jakoby żadnego nie było:
Jedną wielką duszą tak ogromnie ubyło.
Tyś za wszytki jadła, za wszytki pożerała,
Wszytkiś w domu kąciki żarciem obsmarowała.
Nie dopuściłaś nigdy matce się frasować
Ani ojca do myśleniem zbytnim głowy psować
To tego, to owego wdzięcznie pożerając
I onym swym uciesznym jęzorem pochłaniając.
Teraz wszystko pochudło, szczere pustki w domu,
Nie masz jedzonka, nie masz nażreć się nikomu.
Z każdego kąta żarło wyskrobuje,
A serce swej pociechy darmo upatruje.





Od autorki:
Powyższy tekst jest przeinaczeniem Trenu VIII znanego wszystkim Jana Kochanowskiego.
Powinnam chyba przeprosić samego Kochanowskiego.

czwartek, 13 czerwca 2013

Śmierć psychiczna

Leżałem na ziemi. Pachniała całkiem przyjemnie. Trawa zaraz po deszczu. Wilgoć w powietrzu. I tęcza na niebie. Gdybym oglądał wtedy niebo byłbym zachwycony. Jednak leżałem łapczywie łapiąc oddech. Za każdym kopnięciem, rzutem moim ciałem. Czasem z moich ust dobiegł mnie cichy, stłumiony krzyk. A potem czyiś bardzo wyraźny śmiech. Widziałem jak przez mgłę kilka twarzy. Chciałem uciec, ale czułem tylko przyjemny zapach gleby. Zaciskałem mocno pięści, gdy coś twardego w wielką ekspresją wbijało się w moje plecy albo brzuch. Czasem dostałem po twarzy. Wtedy obraz był jeszcze mniej czytelny.
Najgorszym faktem było to, iż nie bałem się. Chciałem się podnieść i uciec. Jednak było to tylko ze względu na ból.
A potem okazało się, iż tak traktowano mnie dzień w dzień. A ja... Ja podziwiałem glebę, jej zapach zaraz po deszczu i mieliłem ją w dłoniach. Ludzie przybywali z dnia na dzień, coraz mocniej kopali i wbijali w ziemię. Śmieli się coraz donośniej. Bolało. Bardziej i bardziej.
Następnie przyszedł strach. Nic już nie widziałem. Jednak nie miałem nawet sił na poprzednie zaciskanie pięści. Łzy płynęły po moich policzkach poczerwieniałych od zastygłej oraz świeżej krwi. Było tak codziennie. Czerń spowijała moje oczy. Ale dalej czułem ten zapach, który ciągnął mnie w zapomnienie.
Dopóki nie umarłem.