czwartek, 13 czerwca 2013

Śmierć psychiczna

Leżałem na ziemi. Pachniała całkiem przyjemnie. Trawa zaraz po deszczu. Wilgoć w powietrzu. I tęcza na niebie. Gdybym oglądał wtedy niebo byłbym zachwycony. Jednak leżałem łapczywie łapiąc oddech. Za każdym kopnięciem, rzutem moim ciałem. Czasem z moich ust dobiegł mnie cichy, stłumiony krzyk. A potem czyiś bardzo wyraźny śmiech. Widziałem jak przez mgłę kilka twarzy. Chciałem uciec, ale czułem tylko przyjemny zapach gleby. Zaciskałem mocno pięści, gdy coś twardego w wielką ekspresją wbijało się w moje plecy albo brzuch. Czasem dostałem po twarzy. Wtedy obraz był jeszcze mniej czytelny.
Najgorszym faktem było to, iż nie bałem się. Chciałem się podnieść i uciec. Jednak było to tylko ze względu na ból.
A potem okazało się, iż tak traktowano mnie dzień w dzień. A ja... Ja podziwiałem glebę, jej zapach zaraz po deszczu i mieliłem ją w dłoniach. Ludzie przybywali z dnia na dzień, coraz mocniej kopali i wbijali w ziemię. Śmieli się coraz donośniej. Bolało. Bardziej i bardziej.
Następnie przyszedł strach. Nic już nie widziałem. Jednak nie miałem nawet sił na poprzednie zaciskanie pięści. Łzy płynęły po moich policzkach poczerwieniałych od zastygłej oraz świeżej krwi. Było tak codziennie. Czerń spowijała moje oczy. Ale dalej czułem ten zapach, który ciągnął mnie w zapomnienie.
Dopóki nie umarłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz