Do dziś pamiętam ten przyjemny, męski głos. Głęboki jak dźwięk uderzonej chwilę temu struny. Odbija się echem w mojej głowie i nie chce wyjść. A ja.. Ja mu nie zabraniam. Chcę go słyszeć codziennie. W gruncie rzeczy, po tak długim czasie, zdałam sobie sprawę, iż pragnę go znowu usłyszeć. Nienawidzę go sobie wyobrażać. Czuję się wtedy jakaś pusta. Czy to źle, że chcę..? Chcę tak bardzo... by był. Znowu.
Otwieram znużone powieki. I słyszę:
- Czy coś się stało, milady?
Ten miękki głos.
Siedziałam wtedy w kącie. Rozszarpana między sobą. To była depresja, a ten dźwięk wyciągnął mnie z niej, jakby to było koło ratunkowe. Walczyłam. Z perspektywy czasu wydaje się to najgłupszą rzeczą jaką zrobiłam wtedy. Nie miało to żadnego znaczenia. Pochłaniałam się dla własnej przyjemności. Teraz tak to widzę. Wymyślałam. Głupota. Ludzka głupota. Nie potrafiłam docenić tego co miałam. Sama sobie to odebrałam. W bardzo brutalny i bezwzględny sposób.
Głos. Słyszę, wyraźnie.
Uniosłam lekko głowę, by ujrzeć czarny kapelusz. Wiał wiatr, więc duża, męska dłoń przytrzymywała go za rondo. Dłoń zadbana. Blada jak kość słoniowa. Nie. Nie uniosłam głowy. Zadarłam ją, jakbym uważała kogoś obcego za śmiecia. Największego. Większego nawet od siebie samej. Chociaż w tamtym dniu przewyższyłam samego diabła. Tak myślę.
Myślałam, że poprzez moją zapłakaną twarz i iście wrogie spojrzenie barwy morza w czasie burzy zrezygnuje z dalszego nagabywania mnie i odejdzie. Daleko. Jak najdalej ode mnie. Abym się pochłonęła. Zabiła myślą. Jednak zatrzymał się obok. Stał, długo. Nic nie mówił. Chyba się zdenerwowałam. Albo przestraszyłam. Tego dokładnie nie pamiętam, ale wiem, że położył dłoń na moich rozmierzwionych przez wiatr włosach. Zrobił to tak delikatnie. Mimo wszystko poczułam się w jakimś stopniu szczęśliwa, bo nikt nigdy tak nie robił. A raczej - nie pozwalałam sobie tak robić.
Nie zauważyłam nawet jak wziął mnie na ręce. Dziecko, bezbronne. Niedawno jeszcze posiadające własny dom. Ale uciekinier. Zaakceptował wszystko. Wady, zalety, błędy i dobre uczynki. Tych drugich i ostatnich było niewiele. Tak mi się wydawało, bo przecież on pokazał ile mam zalet i talentów. Nauczył, że najdrobniejszy gest może być dobrym uczynkiem. Pokazał.. świat. Jego zakątki. Sekrety. Pokochałam to. I jego.. głos.
A potem zniknął. Jak kamfora. Bolało mnie serce. Dał mi tylko kilka lat. Byłam pełnoletnia, gdy zostawił po sobie kapelusz. I dom. Za duży jak dla mnie. Z wieloma wspomnieniami. Cierpieniem po utracie.
Gdzie zniknął ten ciepły głos? Ten dotyk przepełniony swoistym szczęściem?
Uciekł. Jak dziki zwierz.
Nie. To ja zawsze byłam dzikim zwierzem. On mnie oswoił. Teraz ja niosę go. Ten ciepły, kojący głos.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz