Usiadłam na stole. Po turecku. Był dębowy i wysoki. Nowo kupiony. Pewnie dlatego czułam woń nowości. W gruncie rzeczy uwielbiałam ten zapach. Był o stokroć lepszy od woni kadzidełka, po którym bolał mnie łeb jak sto dwa.
Chwilę po tym jak rozmyślałam nad sensem swoich poczynań, sięgnęłam do tyłu po spory plik kartek i mazak. Czarny. Żeby było widać. Choć to nigdy nie wiadomo jak ta cholerna kamera mnie załapie. Złośliwość rzeczy martwych i te sprawy. Czego chcieć więcej? Oczywiście - żeby ta kamera spadła. No, bo kamera, z której można korzystać nigdy nie jest potrzebna. A jak się rozkwasi to wtedy musisz ją mieć żywą, bo sam zginiesz.
Tak idiotycznie.
Plik kartek ułożyłam na dużej książce, którą również wzięłam zza pleców.
Kocham ukrywać wiele rzeczy. A potem ich nie znajdywać. To takie normalne. Prawda?
Wzięłam mazak. Zdjęłam nakrętkę. I nakreśliłam pierwsze słowa. Do kamery. Bo jestem strasznie dziecinna i udaję niemowę. Bo w tych czasach tak trzeba. To taka oryginalność, tak mi się wydaje. Dlatego do nikogo nigdy się nie odzywam. No dobra. Do rodziców. Ale to tylko dlatego, że oni wiedzą o moim kuku-na-muniu i innych idiotyzmach wziętych z mojej głowy. Chociaż im tego nigdy nie wyznałam! Nigdy, nigdy, nigdy. Ale wiedzą. Oni są jak ta menda. Ta wsza łonowa. Gorszej świat nie znalazł. Tyle, że ich jest dwoje, więc sprawy są dwa razy groźniejsze. Mam nadzieję, że nigdy mnie nie wydadzą przed światem. Wtedy to chyba odcięłabym sobie język. I naprawdę byłabym niemową. Ale wolę nie. Nienawidzę bólu. Jak babcię kocham!
Wracając do mojego nagrywania. Chyba się za bardzo zamyśliłam i minęło z dobre pięć minut.
Podniosłam kartkę. Widniał na niej wielki napis "SHINRO'. Tak to był mój pierwszy film nakręcany kamerą.
Potrząsnęłam głową. Moje czerwone kłaki rozwaliły się jak w wariackim tańcu po pijaku. Cholercia. Odłożyłam zmarnowaną kartkę, poprawiłam włosy... i napisałam znów coś. Podniosłam kartkę. Napisane tam było: "Jestem SHINRO". Shinro to mógłby być nawet jakiś skrót, dlatego postanowiłam nie pomijać słowa "jestem".
Kręcenie filmików jest strasznie męczące. Ale postanowiłam się zebrać w sobie i napisać jeszcze parę rzeczy.
Nabazgrałam coś na kartce. To był szpital. Dziecko w takim rogalu, czy czym. I było nad nim moje imię. A właściwie moje wymyślone imię. W końcu moje prawdziwe imię brzmi całkowicie inaczej. Narysowałam ów znaczek urodzenia. Nie wiem jak go inaczej nazwać. "29 kwiecień 1998". Spojrzałam na kartkę i jak oparzona przekreśliłam liczbę osiem. Głąb kapuściany! Nikt nie znalazłby słów na mnie. Zaraz sprostowałam swój błąd i znów uniosłam kartkę na wysokości piersi, by ukazać obiektywowi znaczną zmianę. "29 kwiecień 1997". Nienawidzę jak mnie odmładzają.
Co ja poradzę, że mam dziecinną gębę!? I się nie maluję. Trudno. Lubię siebie. Ale jak ktoś daje mi trzynaście lat... hoho. We mnie kipi. Ale tego nie okazuję, bo w końcu chcę być układną dziewczynką, która nikogo nie bije. Pardon. Dziewczyną. Ewentualnie młodą kobietą, ale.. sama nie wiem. Do bycia młodą kobietą jeszcze nie dorosłam. Postanawiam zostać zwykłą dziewczyną.
Bazgram dalej.
I jest. Cudny napis: "Kocham koty, ale nie mam w domu żadnego."
Nie mogłabym tak ważnego szczegółu swego życia pominąć. Kocham koty i basta. Chcę jednego do domu, ale.. jak przekonać rodziców, którzy odpowiadają mi na moje prośby, że sama mam kota w głowie? Nijak. Więc na razie mam psa. Właśnie się pałęta pod stołem. Ale ignoruje go. Bo przecież nie zrezygnuję z kręcenia swojego pierwszego niemego filmu. Z resztą - po co mam latać za nim jak ten mnie tylko gryzie.
Właśnie zabierałam się za napisanie kolejnej kartki, gdy usłyszałam:
- Chodź po sztućce!
Zmarszczyłam brwi. Będzie to trzeba wyciąć. Ale nie wiem jak. Nie mam żadnego doświadczenia w obróbce filmików. Raczej będę musiała zacząć od początku. Cholera by wzięła moją rodzicielkę. Zawsze wie kiedy...
- Idziesz Ty!?
Ponagla mnie.
Odkładam kartki. Leniwie zeskakuję ze stołu. Dalej nic nie mówię rozmyślając o swej idiotycznej samotności. Podchodzę do kamery na statywie, by ją wyłączyć. Wyłączam.
- Nie będę czekać do jutra!
Ah, nie da mi nawet wyłączyć mojego sprzętu. Co za kobieta. Nie chcę, żeby się rozładował bez potrzeby. Sztućce nie muszą być ładowane. Kamera - owszem.
Wyszłam z pokoju. Pies poczłapał za mną jak wariat jakiś.
A to niby ja jestem pieprznięta. Mogliby spojrzeć na tego psa. Lata bez potrzeby w tę i z powrotem.
Jestem całkiem normalna.
Tylko kocham koty.
Tak.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz